TEST: Canon EOS 200D – pomysł na maleństwo

Artykuł taki trochę "odpryskowy". Po prostu EOS 200D trafił do mnie jako platforma do testu zooma 10-18 mm f/4.5-5.6 IS STM. I spodobał mi się. Aparat znaczy. Obiektyw zresztą też. A skoro się spodobał, to zatrzymałem go sobie na trochę, by i o "dwusetce" coś na blogu napisać.

© Paweł Baldwin

Malutki Canon spodobał mi się dlatego, że w kilku miejscach różnił się na plus od testowanego przeze mnie jakiś czas temu Nikona D3400. Wiadomo, to nie ta sama klasa lustrzanek, gdyż canonowskim odpowiednikiem D3400 jest EOS 1300D. Jego zresztą też już miałem na warsztacie. EOS 200D nie ma konkurenta u Nikona. To taki canonowski pomysł na jak najlżejszą i jak najmniejszą lustrzankę. Jasne, to nadal ma być Entry Level, ale posiadający "to coś". U poprzednika, czyli Canona 100D był dotykowy ekran, całkiem szybkie zdjęcia seryjne i filmy Full HD. Tak, tak, wiosną 2013 roku takich rarytasów nie było w EOSach z najniższej półki cenowej. Plus to co najważniejsze: znikome rozmiary i nieprawdopodobna lekkość – masa 407 g!

Jednak EOS 200D nie powtórzył rekordu ciężaru. Ba, wręcz utył o pięć deko. To pewnie z powodu ekranu na pełnym przegubie oraz głębszego, wygodniejszego gripa. Reszta unowocześnień, a trochę ich jest, raczej nie przyczyniła się do spadnięcia z podium. Ale nie jest źle, lżejszych lustrzanek APS-C jest zaledwie kilka. Jednak tańszych znajdzie się trochę. Canon 200D kosztuje bowiem aż 2100 zł, a ta suma raczej nie zawiera podatku od nowości, gdyż aparat jest na rynku już od roku. Z "aktualnych" modeli taniej można kupić nie tylko EOSa 1300D (1300 zł!), czy Nikona D3400 (1500 zł), ale także Sony α68 (1900 zł). Biorąc pod uwagę także trochę te starsze, znajdziemy Nikona D5300, a nawet Canona 750D. Czyli tanio nie jest.

Wracając do tego ekranu, co zrzucił "dwusetkę" z podium. Bardzo go doceniam. To on jest jednym z punktów wspomnianej przewagi nad Nikonem D3400. Plus to jak działa autofokus gdy korzystamy z tego ekranu do kadrowania, czyli w trybie Live View. Dual Pixel pracuje wspaniale, precyzyjnie i szybko. No, do łapania ostrości na szybkich obiektach nadaje się on już gorzej. Jednak w takich sytuacjach nie bardzo ma on się czego wstydzić wobec autofokusa fazowego, który w tym Canonie zdecydowanie nie błyszczy.
Dalej: dotykowa obsługa sprawdza się świetnie, zarówno w Live View, jak i przy klasycznym sposobie kadrowania, czyli przez wizjer. Ten nie ma czym się pochwalić. Gdyby chodziło tylko o układ luster zamiast pryzmatu oraz obcinanie po 5% kadru w pionie i w poziomie, nie czepiałbym się. Ale gdy do tego dołącza nieduże powiększenie obrazu 0,54× (już przeliczone na mały obrazek), sprawy mają się średnio. Ale cóż, cena miniaturyzacji.

Czego nie zminiaturyzowano? Uchwytu. A nawet powiększono go w stosunku do EOSa 100D. Tylko ta guma go okrywając jakaś taka plastikowa, a nie gumowa. Ale kształt i wymiary gripa jak najbardziej OK. Elementów sterujących nie zmieściło się zbyt dużo. Cóż, cena miniat… a, już to pisałem. Jednak udało się na górze zmieścić aż dwa klawisze: czułości oraz włączania tylnego ekranu wyświetlającego ustawienia aparatu. Szkoda, że tej drugiej funkcji aparat nie wykonuje automatycznie, z użyciem czujnika zbliżenia oka do wizjera. Cóż, po prostu takiego czujnika brak. A przydałby się, bo wtedy wspomniany klawisz mógłby być definiowalny. Byłby drugim. Bo teraz w tym EOSie wybrać można wyłącznie funkcję przypisaną centralnemu przyciskowi nawigatora.
Indywidualizacja obsługi jakaś tam jednak jest, wcale nie taka najgorsza. Można też skomponować własne, krótkie, 6-pozycjne My Menu. Nie znalazłem za to mikroregulacji autofokusa. Nie podejrzewam jednak, by którykolwiek z typowych użytkowników Canona 200D zauważył ten brak. W sumie, jak na aparat z niskiej półki, obsługa bez większych zastrzeżeń. Choć ciekawe, czy konstruktorzy rozpatrywali zastosowanie obrotowego nawigatora. Większy by się oczywiście nie zmieścił, ale obecny nieduży naprawdę nie dał się namówić na obracanie?

Akumulator niby nieduży, lecz nie bałbym się wybrać na całodniowe fotografowanie EOSem 200D bez zapasu w kieszeni.

Zobacz również: Canon 5D Mark III - test

Funkcje fotograficzne bez wodotrysków, w klasycznym dla Canonów zestawie. P, Av, Tv, M oczywiście są, ale użytkownicy "dwusetki" bardziej ucieszą się z programów tematycznych. One oczywiście mogą zwalniać fotografującego od zmartwień o technikalia, lecz pozwalają też na regulację jasności zdjęć, wybór zdjęcia pojedyncze / ciągłe, czasem też z fleszem / bez, ocieplenie/ ochłodzenie barw itp. Tryb automatyczny można też sobie samemu skomponować w Creative Auto. Wybieramy styl zdjęcia, czy też tryb barw (standardowe, chłodne, mocne kolory itp.), ustalamy intensywność tych efektów, dokładamy żądanie stopnia rozostrzenia tła oraz elementy znane z programów tematycznych: serie zdjęć, flesz. Dla jeszcze ambitniejszych przeznaczone jest oddzielne ustawienie na kole automatyk ekspozycji, gdzie dostępne są filtry i efekty cyfrowe. Między nimi znajdziemy HDR w różnych odmianach, ziarnistą czerń-biel, efekt miniatury i podobne. W menu możemy aktywować przewodnik po trybach naświetlania, funkcjach i ustawieniach aparatu, który po wejściu w dany tryb, krótko go nam przedstawia, czasem coś podpowiadając. Dla początkujących użytkowników lustrzanek rzecz bardzo przydatna.

Tryb standardowy oraz ziarnista czerń-biel.

Oczywiście ci zaawansowani będą szukali czego innego. I sporo znajdą. Na przykład pełen canonowski zakres Stylów obrazu, z precyzyjną regulacją wyostrzenia, kontrastu itd. oraz rozbudowanym rozdziałem zdjęć monochromatycznych z tonowaniem i filtrami do fotografii czarno-białej. Optymalizator jasności, czyli funkcja przeznaczona do rozjaśniania cieni (czasem światłami też się zajmie) oczywiście znajdzie się w menu. Lecz już dla włączenia Priorytetu jasnych partii obrazu, czyli trybu szczególnej dbałości o nieprzepalanie wysokich świateł, musimy – tradycyjnie – sięgnąć głęboko, aż do funkcji ustawień indywidualnych. Przy okazji: równie tradycyjnie, w customach schowano wstępne podniesienie lustra. HDR, o którym już wspominałem, został uznany za tryb dla automatolubów, więc nie możemy ustawić liczby zdjęć (EOS 200D zawsze strzela trzy), a różnica ekspozycji między nimi dobierana jest automatycznie. Podobnie z autobraketingiem ekspozycji, tzn. że i on może liczyć tylko trzy klatki. Ale odstęp między nimi możemy już wybrać samodzielnie – maks. 2 EV. Nie brakuje korekcji i autobraketingu balansu bieli. Też tylko trzyklatkowego, ale pracującego na dwóch osiach: cieplej – chłodniej i purpura – zieleń. Za to korekcja wad obiektywów świeci pełnią wszystkich czterech funkcji, czyli usuwaniem winietowania, aberracji chromatycznej, dystorsji oraz dyfrakcji.

Tryb standardowy (lewe zdjęcie) pozostawił smoliste cienie, więc wspomogłem się HDRem. Najpierw "zwykłym", lecz nie przypadł mi on do gustu. Potem "żywym", który wypadł lepiej, lecz zbyt popołudniowo. Dlatego ochłodziłem go troszkę, podniosłem kontrast, i jest całkiem OK. Tak, zostawiłem niebo o barwie powodującej u wrażliwszych ból zębów, bo aparat by się obraził gdybym pozmieniał wszystko w jego koncepcji.
Tryb standardowy oraz z efektem "pogrubienia artystycznego" dodanym w edycji.

W trybie odtwarzania nie znajdziemy dużo opcji obróbki zdjęć w aparacie. Nie liczmy na przykład na możliwość wywołania RAWów. Jedyną rzeczą ciekawszą od kadrowania i opcjami wyboru zdjęć do fotoksiążki, są filtry efektowe, zbliżone zestawem do tych działających podczas fotografowania.
Dość mocno rozbudowana jest bezprzewodowa komunikacja EOSa, gdyż opiera się o Bluetooth, WiFi oraz NFC. I aplikację Camera Connect umożliwiającą połączenie się aparatu z telefonem / komputerem. Niestety brak wbudowanego GPSa.

Jeśli ktoś liczy na filmowanie tym aparatem z rozdzielczością 4K / UHD, to się zawiedzie. Niestety, w Canonach takie numery to dopiero z EOSem 5D Mark IV. Tu cieszyć się musimy z Full HD 50p, wbudowanym mikrofonem stereo oraz gniazdem dla mikrofonu wbudowanego.

"Miniatura" też się przyda. Jak w wielu innych aparatach, jej użycie wiąże się z obowiązkowym podbiciem kontrastu i nasycenia kolorów.

Wystarczy o funkcjach, czas na opisanie jak aparat działa. A jak działa? Trochę głośno, a trzęsie bardziej niż trochę. Wspominałem o tym już podczas testu zooma 10–18 mm. EOS 200D utrudnia fotografowanie bez poruszenia zdjęć, nawet gdy pilnujemy zasady odwrotności ogniskowej. Ja sam, bym mieć w miarę pewność ostrego zdjęcia, skracałem czas dwukrotnie w stosunku do podręcznikowych zaleceń. No chyba, że fotografowałem stabilizowanym obiektywem. Manewrem równie skutecznym jak skracanie ekspozycji, jest skorzystanie z trybu cichych zdjęć. Lustro porusza się wówczas wolniej, co wyraźnie łagodzi drgania aparatu. Zresztą pamiętam, że ten sam tryb S pomógł mi uspokoić EOSa 760D podczas jego testu.

Ów tryb cichy można stosować zarówno przy zdjęciach pojedynczych, jak i przy seryjnych. W tym drugim wypadku zmniejsza on częstość serii z 5 do ok. 2,5 klatek/s. Długie serie zdjęć? Proszę bardzo, ale przy zapisie zdjęć wyłącznie w JPEGach. Gdy żądamy RAWów, nie mamy szans na wykonanie jednym ciągiem więcej niż sześciu klatek. I to nawet gdy skorzystamy z bardzo szybkiej karty pamięci. Gniazdo kart Canona 200D co prawda nie spełnia standardu UHS-II, lecz dopiero skorzystanie z takiej właśnie karty pozwoliło mi na wykonywanie serii JPEGów o praktycznie nieograniczonej długości. Praktycznie, gdyż w teście odpuściłem EOSowi po strzeleniu około setki zdjęć. Lecz i wolniejsze karty w praktyce z rzadka tylko będą zbytnio ograniczały fotografujących. Bo mało kto robi serie dłuższe niż 16–17 zdjęć, na wykonanie których pozwoliła w moim teście "karta – żółw" zapisująca zaledwie 12 MB/s. Szybsza, z zapisem 95 MB/s umożliwiała wykonanie serii liczących 25 JPEGów.

Czułość ISO 100, Tamron 70-200/2.8 G2, ogniskowa 200 mm, f/2.8.

Pomyślałem, że skoro już jestem przy szybkości, mógłbym coś napisać o ciągłym autofokusie. Jednak zaraz dostrzegłem, że to nie najlepsze skojarzenie. Po prostu AI Servo EOSa 200D nie bardzo przystaje do pojęcia "szybkość". Na dodatek chyba myśli, że jest autofokusem kontrastowym, a nie fazowym. Podczas mojego tradycyjnego testu na samochodach jadących setką, no czasem trochę mniej, nie był w stanie utrzymywać ostrości przez więcej niż jedną klatkę. Złapał ostrość, przy następnym zdjęciu już gubił, potem ze trzy zdjęcia gonił, następne ostre, a potem znowu pudło. 5 klatek/s to naprawdę niedużo jak na dzisiejsze czasy, więc nawet amatorska lustrzanka powinna sobie dawać radę. A jednak daleko jej do tego. Wstyd! Obejrzycie film poklatkowy poniżej.

Wypadałoby też ponarzekać na małą powierzchnię zajmowaną przez 9 pól ostrości. Ale niech narzekają inni, ja nie będę. Też wolałbym by pól było więcej, a ich obszar większy, lecz tu Canon nie wypada gorzej od innych podobnych lustrzanek. Jeśli chcemy korzystać z szeroko rozstawionych pól AF, przełączamy się na Live View.

Jakość obrazu nie pozostawia dużo do życzenia. Trochę bałem się o dynamikę, bo wiadomo – Canon, ale istotnych problemów nie napotkałem. Zresztą już po teście znalazłem "oficjalne" potwierdzenie takiego zachowania aparatu. Według DxO Mark, EOS 200D dysponuje najlepszą pod tym względem matrycą wśród niepełnoklatkowych Canonów. Stąd motywy o wysokiej rozpiętości tonalnej dają się ogarnąć bez specjalnych starań, a gdy sytuacja staje się naprawdę trudna, można sięgać po wspomagacze. Już o nich wspominałem. Priorytet jasnych partii obrazu, tradycyjnie schowany jest w customach, a więc trudno dostępny. Nic straconego, bo jego działania są słabo widoczne – można go sobie odpuścić. To w odróżnieniu od Optymalizatora jasności, który jest łatwo dostępny w podręcznym menu, ma trzy poziomy intensywności działania, a ważniejsze, że skutecznie rozjaśnia cienie i przyciemnia światła obrazu. Nie to, że uratuje każde zdjęcie, ale pomoże na pewno. Z kolei HDR upchnięto w filtrach efektowych i ma on kilka mniej lub bardziej artystycznych opcji. Ciekawe, że najmniej udziwniony obraz daje wcale nie tryb standardowy, a "żywy", choć i on czasem wymaga lekkiego poprawienia w edycji. Tak czy inaczej, czasem warto zajrzeć do „strefy twórczej” EOSa 200D, bo i tam coś przydatnego da się znaleźć.

Kadr do oceny szumów i szczegółów obrazu przy poszczególnych czułościach.
Wycinki poniżej.
Wycinki ze zdjęć wykonanych przy poszczególnych czułościach. 
Pełna rozdzielczość

O ile w dynamice jest dobrze, to przy wyższych czułościach ten EOS już nie bryluje. Tragedii niby żadnej nie ma, ale spodziewałem się lepszych wyników. Ta sama 24-megapikselowa matryca wyraźnie lepiej sprawuje się choćby w nowszych EOSach M. A tu? O szczegółowość obrazu zupełnie nie musimy się martwić aż do ISO 400 włącznie. ISO 800 pod tym względem prezentuje się już ciut gorzej, ale nadal nie jest źle. Natomiast przy ISO 1600, zupełnie niespodziewanie zaczynają wyłazić wyraźne szumy. Trochę za wcześnie jak na matrycę APSC. Spodziewałem się konieczności walki z nimi dopiero na poziomie ISO 3200. A tu już ISO 1600 moim zdaniem wymaga skorzystania z RAWów, gdyż JPEGa trudno zoptymalizować. Prezentowane wycinki pochodzą z plików wprost z aparatu, wykonanych z użyciem osłabionej redukcji szumów. To okolice optimum. Poziom standardowy też nie byłby zły, bo choć troszkę już niszczy szczegóły, to usuwa wyraźnie więcej szumów. Co kto lubi… Przy tej czułości, rzecz jasna. Przy ISO 3200 już trzeba trochę pracować nad zdjęciem. Szumy to jedno, a siadanie kolorów drugie. Niezbyt wyraźne, ale jednak.
Niemniej gdy potrzebujemy zdjęcia w rozdzielczości ekranowej, to ta czułość w pełni się nadaje. ISO 6400 już nie bardzo, gdyż szumy stają się silne. Przy ISO 12800 poza wzrostem szumów dochodzi dalsza degradacja barw i dopiero ta czułość już naprawdę do niczego się nie przyda.

Skoro już wspomniałem o odwzorowaniu kolorów, to dodam, że wysokie czułości to nie jedyna okoliczność gdy na EOSa 200D nie można liczyć pod tym względem. Drugą jest oświetlenie żarówkami tradycyjnymi lub energooszczędnymi. Ani jednego, ani drugiego bardzo nie lubi automatyczny balans bieli tego aparatu. Wskutek tego zdjęcia wędrują w brudne żółcie i pomarańcze. Póki zdjęcia zapisujemy w RAWach, da się z tego wybrnąć, lecz przy samych JPEGach szczerze polecam korzystanie z balansu bieli według wzorca.

Kadr do prezentacji działania wieloklatkowej redukcji szumów.
Wycinki poniżej.
Czułość ISO 3200, lewy wycinek pochodzi ze zdjęcia wykonanego standardowo, z domyślnym poziomem odszumienia. Prawe, z użyciem wieloklatkowej redukcji szumów. 
Pełna rozdzielczość

Czy jakoś można pomóc zdjęciom wykonywanym przy wysokich czułościach? O RAWach już napisałem, ale jest też funkcja wieloklatkowej redukcji szumów. To pomysł, który jako pierwsze wykorzystało chyba Sony. Seria kilku zdjęć nieruchomego motywu – to co na każdej klatce się nie zmieniło, to motyw, a to co inne, to losowo pojawiające się szumy. Więc usuwamy je ze zdjęcia. Tyle teoria, bo w praktyce, razem z szumami często znikają i drobne szczegóły obrazu. W przypadku EOSa 200D szczegółów rzeczywiście jest trochę mniej i od razu widać że zdjęcie było "wygładzane".

Na koniec, w galerii prezentuję kilkanaście zdjęć wykonanych podczas testu. W większości zostały one wykonane w standardowym trybie barw, przy czułości ISO 100 i z użyciem mojego ulubionego canonowskiego "naleśnika", 24 mm f/2.8 STM. Odstępstwa od tych reguł oraz wartość przysłony podaję w podpisach.

W ostatnich akapitach trochę sobie na canonowską "dwusetkę" ponarzekałem, lecz mimo to aparat mi się spodobał. Mi – to akurat mało ważne. Ten EOS z pewnością spodoba się użytkownikom, dla których będzie pierwszą lustrzanką. Taką, w której nie trzeba od razu fotografować na lustrzankową modę. Można odchylić ekran, włączyć Live View i mieć w ręku "niemal kompakt", lecz z wymiennymi obiektywami, dużą matrycą, bardzo wygodnym sterowaniem dotykowym i lepszym niż w wielu kompaktach autofokusem. A gdy już trochę okrzepniemy w lustrzankowym świecie, co szkodzi zacząć fotografować EOSem 200D "po bożemu"?

Plusy:

  • ciężar i gabaryty
  • ergonomia
  • komfort pracy w Live View

Minusy:

  • autofokus fazowy
  • walenie lustra
Podziel się:

Przeczytaj także:

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy

Pokaż wszystkie komentarze

Także w kategorii Testy:

Profoto A1 - sprawdziłem tę lampę w terenie [wideotest] Mały aparat o dużych możliwościach - Panasonic Lumix DC-GX9 [recenzja] WD My Passport Wireless SSD - szybki, automatyczny backup w każdym miejscu [wideotest] Węgiel tanieje! Test statywu Genesis C3 (plus Genesis A3 dla towarzystwa) "Górskie wyprawy fotograficzne" Karola Nienartowicza w naszych rękach Kamlan 50 mm f/1.1 - charakterne chińskie szkło za grosze [recenzja] Feiyu Tech A1000 - mały gimbal do bezlusterkowców [wideotest] TEST: Canon EF-S 10-18 mm f/4.5-5.6 IS STM – miła niespodzianka! TEST: Sony RX100 V – kompakt do łapania światła 3Legged Thing Leo - karbonowy statyw do bagażu podręcznego [wideotest] Możliwości średniego formatu, czyli test 4 obiektywów do korpusu Leica S Vanguard Alta Pro 2+ 263AP - mały statyw do studia. Jak się sprawdza? Feiyu Tech Vimble 2 - gimbal i selfie stick w jednym [wideotest] Sigma 18-200 mm f/3.5-6.3 C - test superzooma po odchudzaniu Profoto A1 - zabierz błysk ze sobą [wideotest] Najtańszy standard do bezlusterkowców - Industar L/D 55 mm f/2,8 MindShift rotation180° Horizon to plecak dla każdego outdoorowca. Czy daje radę w terenie? Używałem Leiki M10 od 8 miesięcy. Jak się sprawowała klasyczna konstrukcja z Wetzlar? Sony A7 III, czyli podstawowa pełna klatka dla profesjonalistów - pierwsze wrażenia i zdjęcia przykładowe Dlaczego Leica Summicron-M 35 mm f/2 ASPH to wyjątkowe szkło? Fujifilm instax wide Monochrome – natychmiastowa czarnobiel w większym formacie Dwa dni z Fujifilm X-H1. Moje pierwsze wrażenia i zdjęcia przykładowe z Portugalii Paryskie klimaty czyli subiektywnie o Zeiss Batis 85 mm f/1.8 Jak w praktyce sprawdza się Venus Optics Laowa 60 mm f/2,8 Macro 2:1?

Popularne w tym tygodniu:

Robimy oficjalny unboxing Canona EOS R, jako pierwsi w Polsce