TEST: Canon EF-S 10-18 mm f/4.5-5.6 IS STM – miła niespodzianka!

Dla kogo jak dla kogo ta niespodzianka. Wstyd mi, bo sam „zauważyłem” ten obiektyw dopiero gdy znajomy zaczął przy mnie piać hymny pochwalne na jego cześć. Wcześniej jedynie zanotowałem obecność na rynku takiego szkła i odłożyłem je na półkę niepamięci. Co więcej, gdy ktoś mnie pytał o budżetowy lustrzankowy zestaw do zdjęć krajobrazu lub wnętrz, co i raz zalecałem zakup używanej, nieprodukowanej już Sigmy 10-20 mm f/4-5.6. Bo jaki jeszcze superszerokokątny zoom można kupić za mniej niż 1000 zł? Okazało się, że można, i to nie używany, a nowy. Właśnie ten Canon 10-18 mm, który stoi sobie na sklepowych półkach w towarzystwie ceny 900 zł.

© Paweł Baldwin

Na niektórych plastikowy bagnet działa odstraszająco.

Stoi i czeka na chętnych, ale wielu z nich bierze go do ręki, przymierza i zaczyna się wahać. Bo to straszny plastik-fantastik jest. Stabilizacja, owszem. Wewnętrzne ogniskowanie – jest. Silnik STM, racja. Ba, nawet są dwie soczewki asferyczne i jedna niskodyspersyjna UD. Ale ten zoom jest lekki, „brzmi”, plastikowo, no i plama na honorze: ma plastikowy bagnet! Więc ludzie wybrzydzają. Że nietrwały, że się połamie, że wytrze… Wielu wolałoby poświęcić stabilizację, byleby mieć w konstrukcji więcej metalu. Ale ja nie narzekam, bo uważam że są obiektywy i obiektywy. W tym wypadku postawiono na niską cenę oraz – mam nadzieję – co najmniej przyzwoitą jakość obrazu. Choć kilka elementów konstrukcji wymienionych wcześniej, wyraźnie świadczy, że konstruktorzy i dział księgowości Canona tnąc koszty wcale nie pojechali po bandzie. W końcu zamiast STM mogli wrzucić zwykły mikrosilnik oraz wprowadzić typowe dla tanich zoomów ustawianie ostrości za pomocą obracającego się przedniego członu.

Dwie soczewki asferyczne (jaśniejsza zieleń) i jedna ze szkła UD (ciemnozielona) to nie wszystkie atrakcje tego zooma. Canon chwali się też wyrafinowaną kinematyką zoomowania za pomocą czterech członów optycznych.

Ale nie, zachowali się przyzwoicie, a dzięki temu ostrzenie jest szybciutkie i bezgłośnie. Przód nie obraca się, więc nie ma problemów z użyciem filtrów połówkowych i polaryzacyjnych oraz zastosowaniem profilowanej osłony przeciwsłonecznej. Niestety, owej EW-73C nie dostajemy jej w komplecie z obiektywem. Trzeba kupić ją oddzielnie, a oryginalna kosztuje stówkę. Sporo, w odniesieniu do ceny samego szkła. Całe szczęście, osłony producentów niezależnych można kupić trzykrotnie taniej. Przy okazji szukania w Internecie jej oznaczenia, trafiłem na pomysł uzyskania skuteczniejszej, głębszej osłony przeciwsłonecznej. Zamiast EW-73C trzeba kupić EW-73B (zamiennik kosztuje dosłownie kilka złotych) i ostrym nożem albo mikroszlifierką lekko skorygować kształt bocznych „płatków” tulipana. Zyskiem jest lepsza ochrona przed światłem padającym z góry, gdyż w EW-73B górny i dolny płatek są dłuższe niż w EW-73C. Dłuższe, ale wcale nie za długie.

Mocowanie filtrów ma sensowny rozmiar. Poza tym zoom jest niemal „kwadratowy”: ma długość 72 mm i średnicę 75 mm. Jego masa to 240 g. Niedużo.

Oceniając wygodę obsługi tego zooma nie mogę się do niczego przyczepić. Oczywiście, wolałbym ponarzekać na brak skali odległości, ale przypominam sobie cenę obiektywu… Pierścień ostrości obraca się z bezpłciowym oporem, ale jednak z oporem. Nie jest to absolutny luz jak najprostszych zoomach. Za to pierścień zooma prezentuje znacznie wyższy komfort obsługi. Niby czuć, że w środku plastik na plastiku i plastikiem pogania. Ale też opór przy obrocie jest nieduży, płynny i równiutki w całym zakresie ogniskowych. Nie ma najmniejszych problemów z precyzyjną, drobną korektą kąta widzenia. Przyznać jednak muszę, że uzyskanie tego wszystkiego nie było skomplikowanym zadaniem. To przecież zoom o krotności zaledwie 1,8. Dzięki temu przedni człon porusza się osiowo w zakresie zaledwie czterech milimetrów. Ciut wysuwa się dla skrajnych ogniskowych, a chowa najgłębiej w obudowie przy 14 mm.

Komfort obsługi pierścieni na poziomie znacznie wyższym niż obiecuje cena obiektywu. Przełączniki autofokusa i stabilizacji są umieszczone sensownie i nie da rady ich pomylić. Mogłyby tylko by trochę bardziej wypukłe lub kanciaste. Łatwiej byłoby je odnajdować fotografując w rękawiczkach.

Stabilizacja obiektywu ma oficjalnie skuteczność 4 działek czasu. W moim teście wartość ta praktycznie potwierdziła się. Praktycznie, gdyż owe cztery działki stabilizacja zapewniała przy tych rozsądnych czasach naświetlania. Gdy przy ogniskowej 18 mm próbowałem z ręki naświetlać 1 s, czy 2 s, system Image Stabilization teoretycznie nie miał szans uzyskać sensowych rezultatów. Ale i tak „produkował” skuteczność 3 działek. Wynik całkiem do rzeczy. Te jedno- i dwusekundowe ekspozycje brzmią trochę od rzeczy, ale i takich trzeba użyć przy krótkich ogniskowych i procedurze testowej wymagającej przekroczenia zasady odwrotności ogniskowej o 6 działek. Jedna ważna uwaga: testowym korpusem był EOS 200D. To lekki aparat, a do tego dość mocno trzepiący lustrem i dający wyjątkowo dużo poruszonych zdjęć, gdy bez stabilizacji fotografowałem pozornie „bezpiecznymi” czasami. Stąd jeśli chcemy go kupić, zadbajmy też o stabilizowaną optykę.

Minimalna odległość fotografowania to 22 cm od płaszczyzny matrycy, czyli ok. 10 cm licząc od przodu obiektywu. Niedużo, lecz na wysoką skalę odwzorowania nie liczmy – to przecież szeroki kąt.

Teraz najważniejsze: zdjęcia jak wysokiej jakości da się wyciągnąć z zooma o tak niskiej cenie? Czy zachwyty mojego znajomego są w pełni uzasadnione, czy może nie całkiem? Gorszego scenariusza nie przewidywałem i tu nie byłem w błędzie. Ale co do zachwytów…
Tych nie potwierdzam, ale ogólnie rzecz biorąc, nie jest źle. Pierwsza ważna sprawa: szczegółowość obrazu przy otwartej przysłonie nie woła o pomstę do nieba. A to istotna różnica na plus w stosunku do części tanich zoomów szerokokątnych. Nie to, żeby od razu rewelacja, o nie!, ale z pełnej dziury da się korzystać. Zwłaszcza przy dłuższych ogniskowych. Przy krótkich i średnich już mniej, ale tu „bolą” tylko najbliższe okolice rogów klatki. Wolałbym, by przymykanie przysłony mocniej pomagało, ale na to nie bardzo możemy liczyć. Jest lepiej, dla całego zakresu ogniskowych i dla całej powierzchni kadru widać poprawę sytuacji, ale tylko nieznaczną. Jednak jest jeden stały parametr: przysłona f/8, przy której uzyskujemy maksimum szczegółowości dla każdej ogniskowej i w każdym punkcie kadru. Działka mocniej, czyli f/11 już skutkuje „dyfrakcyjnym” spadkiem rozdzielczości. Niedużym i zdecydowanie do przełknięcia jeśli trzeba powiększyć głębię ostrości.

Zobacz również: Canon 5D Mark III - test

Kadr do oceny szczegółowości obrazu przy ogniskowej 10 mm. Wycinki poniżej.
Środek kadru na górze, brzeg na dole. 
Pełna rozdzielczość
Kadr do oceny szczegółowości obrazu przy ogniskowej 13 mm.
Środek kadru na dole, brzeg na górze. 
Pełna rozdzielczość
Kadr do oceny szczegółowości obrazu przy ogniskowej 18 mm.
Środek kadru na dole, brzeg na górze. 
Pełna rozdzielczość

Dystorsja to wyłącznie wyraźna „beczka” w dole zooma, słabnąca wraz z wydłużaniem ogniskowej aż do zera przy 18 mm. W miarę sensownie likwidowała ją funkcja korekcji wbudowana w testowego EOSa 200D.

Ogniskowa 10 mm. Dystorsję beczkowatą widać bardzo dobrze.
Ogniskowa 18 mm. Dystorsji brak.
Ogniskowa 10 mm - dystorsja bez korekcji i skorygowana przez EOSa 200D.

Równie widoczne jest winietowanie. Ono nie ogranicza obszaru swego występowania do krótkich ogniskowych, a rozciąga się na cały ich zakres. I przy otwartej przysłonie jest silne – może nie bardzo, ale jednak. Choć trochę oszukuję pisząc, że winietowanie jest dobrze widoczne. Widać je wyraźnie, gdy porównamy zdjęcia wykonane przy przysłonie otwartej i przymkniętej o działkę albo dwie. Ale patrząc na wiele zdjęć wykonanych pełną dziurą, ściemnienie peryferii kadru wręcz może umknąć obserwacji. To stąd, że winietowanie jest bardzo łagodne, czyli spadek jasności obrazu w kierunku naroży klatki odbywa się płynnie.
Przysłona f/8 znowu okazuje się złotym środkiem — tym razem w klasycznej metodzie usuwania winietowania. Metoda nieklasyczna, to korekcja wbudowana w canonowskie lustrzanki. Jest ona równie skuteczna.

Ogniskowa 10 mm, otwarta przysłona. Zdjęcie po lewej wykonałem bez, a po prawej z włączoną korekcją winietowania. Identyczny efekt uzyskujemy bez korekcji, jeśli przysłonę przymkniemy do f/8. No, teoretycznie to do f/11, ale już przy f/8 ściemnienie rogów kadru jest praktycznie niezauważalne.
Ogniskowa 18 mm, bez korekcji winietowania.

Owo cyfrowe poprawianie obrazu jest jedyną metodą pozbycia się bocznej aberracji chromatycznej. Występuje ona w sporej dawce w całym zakresie ogniskowych i przysłon. Korekcja EOSa 200D działała skutecznie i bezśladowo.

Ogniskowa 10 mm, f/8. Kadr do oceny bocznej aberracji chromatycznej i skuteczności jej usuwania przez aparat. Wycinki poniżej.
Lewy wycinek pochodzi ze zdjęcia wykonanego bez włączonego usuwania AC, prawy z włączonym. Jaśniejsze niebo na lewym to wyłącznie sprawka chmur i wiatru. 
Pełna rozdzielczość

Co tam jeszcze może przeszkadzać? Bliki przy zdjęciach pod ostre światło. Jednak pod tym względem EF-S 10–18 mm pracuje dość specyficznie. Niestraszne mu boczne światło spoza kadru, nie boi się też sytuacji gdy słońce umieścimy w rogu klatki. Natomiast bardzo nie lubi, gdy świeci mu ono prosto w mordkę. O, wówczas potrafi stworzyć jeden, a gdy jest bardzo niezadowolony, to i kilka wyraźnych blików. Jednak stosunkowo łatwo temu problemowi zaradzić. Może nie zawsze całkowicie, ale często w znacznym stopniu. Wystarczy nieznaczna zmiana kierunku fotografowania.

Ogniskowa 10 mm, przysłona f/4.5. Słońce w kadrze albo schowane za budynkiem. Widać, że obiektyw przy zdjęciach pod światło nie ma problemów z zachowaniem kontrastu.
Ogniskowa 10 mm – ciut w prawo, ciut w lewo, raz blik jest, raz nie ma.
Ogniskowa 10 mm, przysłona f/8. Gdy się mocno pokombinuje, to można zdobyć nawet taką kolekcję odblasków. Ale to sytuacja zupełnie wyjątkowa.
Zakres kątów widzenia jest raczej skromny. Normalka w zoomach UWA.

Na koniec dorzucam galerię z kilkoma zdjęciami wykonanymi podczas testu. Jeśli nie napisałem inaczej, wszystko to JPEGi prosto z aparatu, wykonane przy czułości ISO 100, bez korekcji wad optycznych.

Rewelacji jakościowej więc nie ma, lecz rewelacja w konkurencji value for money jak najbardziej tak. Canonowi udało się zaprojektować i wyprodukować tani, całkiem przyzwoity zoom UWA i chwała mu za to. Na początku artykułu wspomniałem o dwóch zastosowaniach takiego szkła: do zdjęć wnętrz i krajobrazów. Jest jeszcze jedno, trochę pokrewne. Mam na myśli uzupełnianie od dołu podróżniczo-spacerowych superzoomów. One niemal zawsze zaczynają się od 18 mm, co w przypadku Canona oznacza niezbyt szerokie „małoobrazkowe” 29 mm. Na górską wycieczkę może wystarczy, ale gdy wpadniemy do jakiegoś miasta i zacznie się fotografowanie architektury… no właśnie. Jeśli komuś potrzebna wyższa jasność, wspomoże się którymś z Samyangów: 10 mm f/2.8, czy – mniej prawdopodobne – pełnoklatkowym 14 mm f/2.8. Jednak to obiektywy droższe, większe i cięższe. Ja bym brał tego 10–18…

Plusy:

  • cena
  • rozsądna jakoś obrazu
  • cichutki, szybki autofokus

Minusy:

  • szczegółowość obrazu w rogach zdjęć w dole zooma

Ostatnio na blogu opublikowałem także:

Podziel się:

Przeczytaj także:

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy

Pokaż wszystkie komentarze

Także w kategorii Testy:

Feiyu Tech Vimble 2 - gimbal i selfie stick w jednym [wideotest] Sigma 18-200 mm f/3.5-6.3 C - test superzooma po odchudzaniu Profoto A1 - zabierz błysk ze sobą [wideotest] Najtańszy standard do bezlusterkowców - Industar L/D 55 mm f/2,8 MindShift rotation180° Horizon to plecak dla każdego outdoorowca. Czy daje radę w terenie? Używałem Leiki M10 od 8 miesięcy. Jak się sprawowała klasyczna konstrukcja z Wetzlar? Sony A7 III, czyli podstawowa pełna klatka dla profesjonalistów - pierwsze wrażenia i zdjęcia przykładowe Dlaczego Leica Summicron-M 35 mm f/2 ASPH to wyjątkowe szkło? Fujifilm instax wide Monochrome – natychmiastowa czarnobiel w większym formacie Dwa dni z Fujifilm X-H1. Moje pierwsze wrażenia i zdjęcia przykładowe z Portugalii Paryskie klimaty czyli subiektywnie o Zeiss Batis 85 mm f/1.8 Jak w praktyce sprawdza się Venus Optics Laowa 60 mm f/2,8 Macro 2:1? Sony A7R III - król bezlusterkowców [test] Loupedeck - bądź jak DJ w Adobe Lightroom [wideotest] Panasonic Lumix GH5s – aparat dla filmowców, który chce być kochany GoPro HERO 6 - z pogodą pod górkę Olympus ED 17 mm f/1.2 PRO oraz 45 mm f/1.2 PRO czyli najnowsze, jasne stałki Olympusa w akcji WD My Cloud Home Duo - test nowoczesnej, domowej chmury dla każdego Olympus OM-D E-M10 Mark III - test nowego bezlusterkowca dla amatorów Wideotest nowych akcesoriów firmy Peak Design, która uzbierała już ponad 15 mln dolarów na Kickstarterze Zabrałem Fujifilm X-E3 w podróż po Europie. Mój subiektywny i praktyczny test Peak Design Everyday Sling – torba fotograficzna, którą nosisz tak, jak lubisz Olympus M.Zuiko Digital ED 12-100 mm f/4 IS PRO to mistrz! Test uniwersalnego obiektywu Instax Share SQ SP-3 - drukuje natychmiastowo w kwadracie i daje mnóstwo frajdy

Popularne w tym tygodniu:

Robimy oficjalny unboxing Canona EOS R, jako pierwsi w Polsce