© Paweł Baldwin

Sony A6500: się ulepszamy, się cenimy i… [test]

Premiera tego aparatu była jedną z najmniej spodziewanych w ostatnim roku. Model A6000 został, po dwóch latach obecności na rynku, z początkiem 2016 roku, zastąpiony wyraźnie unowocześnionym A6300. Objawienia się jego następcy należało się więc spodziewać mniej więcej po kolejnych dwóch latach, a więc na początku bądź wiosną 2018. Jednak Sony zaskoczyło wszystkich, prezentując A6500 już jesienią 2016, czyli zaledwie pół roku po premierze A6300. Skąd ten pomysł?

Słyszałem o kilku koncepcjach. Co do październikowego terminu, to pewnie chodziło o niezagłuszanie photokinowej premiery Sony A99 II. A może o wyprzedzenie jakiegoś ruchu konkurencji? Jeszcze jedno podejrzenie: istotniejsze było „terminowe” zaprezentowanie A6300, dla którego nie były jeszcze gotowe wszystkie unowocześnienia. Stąd premiera na raty: trochę pokażemy wiosną, a resztę jesienią. Osobiście uważam jednak, że Sony od początku planowało umieszczenie w swej ofercie dwóch APS-owych bezlusterkowców, dość wyraźnie różniących się kilkoma istotnymi parametrami. Świadczy o tym między innymi ogromna rozpiętość cenowa poszczególnych modeli. A6000 – nadal powszechnie oferowany – kupujemy obecnie za 2000 zł, A6300 kosztuje ponad 4000 zł, a A6500 ponad 6000 zł. To nie wygląda jak układ cen kolejnych wersji rozwojowych, a raczej zajmujących coraz to wyższe półki w hierarchii zaawansowania. I ceny, niestety.

Większy niż u poprzednika uchwyt oraz drugi definiowalny przycisk obok spustu, to jedyne, a przy tym zdecydowanie pozytywne zmiany w formie aparatu.

Za co płacimy te dwa tysiące na przejściu z A6000 na A6300 i kolejne dwa, przechodząc na A6500? No, trochę tych unowocześnień jest. Nikt nie zarzuci Sony, że płacimy jedynie za wyższą cyferkę w nazwie. Czym chwali się i jak działa najstarszy z tych aparatów, możecie przeczytać w moim teście. Poziom jego następcy dość dobrze odzwierciedla postęp i zmienione w ciągu dwóch lat wymagania rynku. W A6300 dwukrotnie zwiększono liczbę pól autofokusa z detekcją fazy, podwyższono rozdzielczość i częstość odświeżania wizjera, ograniczono prądożerność, dodano możliwość zasilania przez USB, uszczelniono korpus oraz wprowadzono filmowanie 4K (z gniazdem mikrofonu i „płaskimi” profilami). Co ciekawe, niemal niezmieniona pozostała forma zewnętrzna i obsługa funkcji aparatu.

Klawisz start / stop filmowania tradycyjnie umieszczono w samym rogu korpusu. Jednych ta lokalizacja wkurza, inni nie rozumieją dlaczego.

Czegóż więcej trzeba? Niektórzy narzekali na brak mikrodżojstika do zmiany położenia pola AF, inni na brak gniazda słuchawek, jeszcze inni na stratną kompresję RAWów. Bo do nieobecności trybów edycji wykonanych JPEGów i wywoływania RAWów wszyscy się już chyba przyzwyczaili. Przyznam, że sam narzekałbym chyba tylko na to sterowanie autofokusem z pomocą nawigatora pełniącego też funkcję tylnego pokrętła.

Ekran dotykowy – jest, sztuk jeden. Do poprawy.

Stąd bardzo ucieszyłem się, gdy tylko przeczytałem dane techniczne A6500. Nie, mikrodżojstika nadal nie ma, ale ekran stał się dotykowy. To była rewolucja w Sony, które wcześniej wyznawało zasadę: jeśli jest wbudowany wizjer, ekran nie jest obsługiwany dotykowo. Teraz to się zmieniło chyba na stałe, bo A9 też ma touch-screena. Jednak nie jest to „pełen dotyk”, gdyż w ten sposób możemy obsługiwać (prawie) wyłącznie autofokus. A szkoda, bo moje doświadczenia z, między innymi, Canonami i Panasonicami pokazują, że w wielu sytuacjach dotykowe nawigowanie po funkcjach i ustawieniach jest o wiele wygodniejsze niż klawiszowanie.

Rolę drugiego pokrętła pełni obrotowy nawigator. Uważam, że w aparacie tej klasy powinny się znaleźć klasyczne dwa pokrętła, przednie i tylne. Albo jedno wciskane pokrętło obsługujące dwie funkcje. Z pomysłu korzysta Panasonic i Fujifilm, więc może Sony też by spróbowało? Zwłaszcza że już kiedyś, zresztą jako pionier, stosowało w cyfrówkach to rozwiązanie.

Zobacz również: Wideotest Canon 1DX

W A6500 touch-screen działa zarówno, gdy obraz oglądamy na ekranie, jak i – jako Touch Pad – gdy korzystamy z wizjera. O ile w tym pierwszym przypadku sterowanie autofokusem pracuje tak jak trzeba, to już Touch Pad nie. Wspominane najczęściej w publikowanych testach leniwe ciągnięcie się pola AF za palcem, to tylko drobny pikuś. Mnie przeszkadzało znacznie mniej niż niepewność, czy Touch Pad zareaguje na pierwsze dotknięcie, a jeśli tak, to z jakim opóźnieniem. A gdy – już po szczęśliwym uruchomieniu – raz, drugi i dziesiąty zdarzyły się nieoczekiwane braki reakcji na ruch palca na ekranie, straciłem wiarę w system i już do końca testowania przesuwałem pole AF nawigatorem. Później, podczas pisania artykułu, próbowałem jeszcze raz Touch Pada rozruszać, głównie by się upewnić, że na pewno to on nie działa tak jak trzeba, a nie ja. Jednak nic się nie zmieniło. Szkoda!

Tak zaprojektowana mechanika ekranu może mocno przeszkadzać gdy aparat stoi na statywie.

Dotykowo można też powiększyć odtwarzane zdjęcie, lecz tu brakuje smartfonowej regulacji stopnia powiększenia dwoma palcami. Trzeba w tym celu obracać tylne kółko, co niweczy sens dotykowej obsługi. Podsumowując: początek tej dotykowej obsługi jakiś jest, ale rzecz wymaga dopracowania, zarówno pod względem idei jak i sprawności technicznej.

Pociągnę moje narzekania dalej, wchodząc na kwestię stabilizacji obrazu. Ważnej w A6500, bo aparat zdecydowanie należy do tych trzęsących się. Dlatego ustabilizowanie jego matrycy staje się istotnym unowocześnieniem w stosunku do poprzednika. Rzecz rozwiązano na modłę odmienną od tej znanej choćby z Sony A7 II. Tam, gdy do aparatu dołączymy obiektyw OSS, to zajmuje się on drganiami kątowymi wokół osi pionowej i poprzecznej, natomiast aparat drganiami liniowymi wzdłuż tych osi oraz kątowymi wokół osi zgodnej z osią obiektywu. Natomiast użycie optyki bez OSS zuboża system „o dwa stopnie swobody”. W przypadku A6500 sam aparat wykrywa wszystkie te 5 kierunków drgań i ruchami matrycy niweluje ich skutki. Robi tak zarówno przy filmowaniu jak i fotografowaniu, także przy korzystaniu z absolutnie niefirmowych obiektywów, co bardzo cieszy. Dodanie obiektywu ze stabilizacją poprawia jej skuteczność (podejrzewam, że głównie przy długich ogniskowych), gdyż to jego ruchomy człon optyczny zajmuje się redukcją rozmazań wynikających z dwóch drgań kątowych. W sumie, od strony technicznej, wygląda to tak jak u Panasonica.

Skuteczność działania sprawdziłem z użyciem firmowego zooma E 18–200 mm f/3.5–6.3 OSS LE (jego test wkrótce) dla ogniskowej 80 mm oraz niestabilizowanego Sony FE 28 mm f/2. Wspólne działania aparatu i obiektywu poskutkowały efektywnością na poziomie 3 działek czasu, czyli taką sobie. Tak, pamiętam, w swoim teście zooma Sony FE 24–240 mm f/3.5–6.3 napisałem, że na skuteczność 3–3,5 działki nie narzekam. Ale to było dwa lata temu, zanim pojawiły się aparaty i obiektywy zapewniające skuteczność na poziomie 5 działek czasu. Stąd AD 2017 3 działki wynik już zaledwie akceptowalny. A skuteczność 2,5 działki ze stałką 28/2, czyli wyłącznie z użyciem stabilizacji matrycy, to już wstyd. Dodam, że te wyniki uzyskałem przy włączonej „elektronicznej pierwszej kurtynie” migawki, więc obie stabilizacje miały ułatwione zadanie. Na wszelki wypadek, by nie okazało się, że A6500 tylko w moich rękach tak marnie stabilizuje obraz, przyjrzałem się kilku już opublikowanym jego testom. Tam wypada on jednak równie słabo. Nie mam pojęcia z jakiego sufitu Sony wzięło deklaracje o 5-działkowej skuteczności systemu…

Lewe zdjęcie wykonałem niedługo po zmierzchu, więc (przy ISO 1600) nie miałem problemu z poruszeniem i jakością obrazu. Czas 1/30 s i przysłona obiektywu 28 mm f/2 przymknięta o działkę. Jednak godzinę później, w pełnej ciemności (prawe zdjęcie) już nie było łatwo. Czułością  nie mogłem jechać wyżej, więc nawet po otwarciu przysłony ekspozycja wydłużała się do 1/5 s. Niby tylko o trzy działki przekroczyłem regułę odwrotności ogniskowej, ale nawet wykonanie 10 „stabilizowanych” ujęć nie pozwoliło na uzyskanie choć jednego zupełnie nieporuszonego. Niedobrze!

A6500 ma też opcję migawki całkiem elektronicznej. Rzecz cieszy, bo pozwala na całkiem bezgłośne fotografowanie, ale też smuci, bo nie do końca wykorzystano ten tryb działania. Najkrótszy czas, który potrafi odmierzyć migawka szczelinowa, to 1/4000 s. Obecność migawki elektronicznej jest więc obietnicą pojawienia się 1/16000 s, a może nawet 1/32000 s. Niestety, takie rzeczy to tylko w A9. 1/4000 s jak była najkrótszym czasem A6000 i A6300, tak pozostaje i w A6500, również z migawką elektroniczną.

Wizjer, stopka akcesoriów, wbudowany flesz, dwa pokrętła. I wszystko udało się zmieścić się na szerokości niezbyt dużego aparatu.

By przerwać narzekania, napiszę o innych unowocześnieniach matrycy. Jej rozdzielczość to po staremu 24 Mpx, ale konstrukcja została nieco zmieniona, czego skutkiem jest większa powierzchnia światłoczuła każdej komórki. Nowy jest też procesor aparatu, a spraw, które potrafi on ogarnąć lepiej niż poprzednik, jest kilka. Po pierwsze, poprawie ma ulec jakość obrazu przy wysokich czułościach. Po drugie, przyśpieszona została obróbka sygnału z przetwornika obrazu. To, w połączeniu z powiększonym buforem, ma zapewniać wręcz rekordowe możliwości rejestracji zdjęć seryjnych. Dane techniczne mówią o seriach liczących 233 najcięższe JPEGi albo 107 RAWów! Jakieś pytania? Żeby za bardzo nie męczyć aparatu, sprawdziłem tylko te RAWy. I rzeczywiście, Sony nie skłamało: seria liczyła 105 klatek. Trzeba jednak trochę czekać, aż zdjęcia zostaną zapisane na kartę pamięci, bo poskąpiono gniazda UHS-II. Jest UHS-I, do tego tylko jedno, a nie dwa, jak można by oczekiwać po najwyższym modelu w serii. Ile tego czekania? Przy użyciu SanDiska z teoretycznym zapisem 90 MB/s, dokładnie dwie minuty. W tym czasie możemy dalej fotografować oraz zmieniać (z pewnymi wyjątkami) ustawienia aparatu z użyciem dedykowanych przycisków i podręcznego menu. Jedynie dostęp do głównego menu jest wówczas całkiem odcięty.

Gniazdo kart pamięci. Nie dość, że tylko jedno, nie dość, że UHS-I, to jeszcze umieszczone w komorze akumulatora. Trochę wstyd.

Miłym nowym dodatkiem jest umieszczony w lewym górnym rogu wizjera licznik informujący, ile jeszcze zdjęć pozostało niezapisanych. Szkoda tylko, że w trybie fotografowania pozostaje on widoczny jedynie przez pierwszych kilka sekund zapisu na kartę, a potem można go zobaczyć wyłącznie, wchodząc w tryb odtwarzania. Jest to jednak problemem wyłącznie przy rejestracji bardzo długich serii zdjęć.

Długość serii, to jedno, a odziedziczona po A6300 ich częstość, to drugie. Mamy bowiem możliwość strzelania aż 11 klatek/s, ewentualnie 8 klatek/s z podglądem aktualnego kadru. Osobiście wolałem jednak pracować wyższą częstością, gdyż przy 8 klatkach/s migotanie (ciemne pasy) obrazu przeszkadzało mi bardziej niż opóźnienie w śledzeniu kadru.

Biorąc pod uwagę te parametry zdjęć seryjnych, a stąd pomysły na reporterskie stosowanie aparatu, Sony deklaruje planowaną trwałość migawki na 200 tysięcy cykli. Czyli 100 tysięcy zdjęć w trybie klasycznym albo 200 tysięcy z „elektroniczną pierwszą kurtyną”. Z tym, że nie oznacza to gwarancji producenta na migawkę, a jedynie informację o wynikach jej testów na trwałość.

Cały system AF aparatu został skopiowany z A6300 i współpracują w nim ze sobą autofokus „kontrastowy” z „fazowym” korzystającym z ponad 400 pól. Co bardzo ważne, obejmują one niemal cały kadr. A co jeszcze ważniejsze, ciągły AF działa – i to skutecznie – nawet przy wspomnianych 11 klatkach/s. Już Sony A6000 sprawował się pod tym względem bardzo dobrze, a na potrzeby A6300 (i A6500) dopracowano drobiazgi. Ostrość szybciej „przykleja się” do fotografowanego, poruszającego się obiektu, no a super wysoką skuteczność i precyzję ostrzenia uzyskujemy nie dla 6 klatek/s, a dla 8 klatek/s. A przy 11 klatkach/s jest tylko troszeczkę gorzej. Różnica na niekorzyść jest na tyle niewielka, że ze względu na wspomniane wcześniej niedogodności przy obserwowaniu kadru, z AF-C wolałbym używać 11 klatek/s.

Korpus jest magnezowy i uszczelniony – tak samo jak u poprzednika.

Jeśli przeczytaliście mój test Sony A6000, zauważyliście, że moim zachwytom nad AF-C towarzyszyło zdziwienie dotyczące niepewności działania AF-S. Przyjąłem za oczywistość, że dwa modele i trzy lata później pojedynczy autofokus będzie błyszczał. Ta oczywistość okazała się jedynie oczywistą oczywistością. O ile jednak tam problem polegał przede wszystkim na nieumiejętności złapania ostrości na ewidentnie łatwym motywie, o tyle z A6500 bywało, że po wciśnięciu spustu, aparat zamiast startować z ostrzeniem, zamierał. Czekał pół sekundy, bywało że dłużej, a w tym czasie obiekt zwiewał z kadru. Rzecz istotna, że problem pojawiał się także przy solidnym oświetleniu. Zdecydowanie nie był to notoryczny bojkot moich poleceń, ale zachowanie więcej niż jedynie okazjonalne, choć i takie jest według mnie zupełnie niedopuszczalne.

A jak tam z jakością obrazu? Już przed-poprzednik wypadał świetnie pod tym względem, a w najnowszym modelu mamy ten nowy procesor, efektami pracy, którego podobno ma być poprawa jakości obrazu przy wyższych czułościach. No, że jest wiele lepiej, nie powiedziałbym. „Oficjalna, studyjna” rozdzielczość obrazu wynosi 3000 lph na JPEGu prosto z aparatu. RAW wywołany w Image Data Converter wykazał identyczną wartość, ale warunkiem było całkowite wyłączenie odszumiania. Tryb odszumiania Auto tej wywoływarki, już przy natywnej czułości ISO 100, działał bardzo agresywnie. Zupełnie niepotrzebnie, rzecz jasna. Już lepiej działał Adobe Camera Raw, gdyż zdjęcia z niego uzyskane pokazują 3100 lph, przy wyraźnie słabszej (niż z IDC) morze.

Kadr do testu działania matrycy przy poszczególnych czułościach. Wycinki poniżej.
Pełna rozdzielczość

Pełna szczegółowość obrazu utrzymuje się do ISO 400 włącznie, choć dla ISO 800 jej spadek nie jest duży. Stąd właśnie tę czułość uważam za bezpieczną granicę stosowania na wszelkie okazje. Przy ISO 1600 już pojawiają się szumy – w każdym razie na JPEGach, które w całym teście naświetlałem przy obniżonej do Low redukcji szumów. Szumy jeszcze słabe, w formie dość monochromatycznego, ostrego ziarna na „gładkich” obszarach klatki. Rzecz nadal do zaakceptowania. Jednak ISO 3200 już nie – tu należy korzystać z RAWów. Leniwi mogą ułatwić sobie życie przy statycznych motywach, używając wieloklatkowej redukcji szumów. Ona także przy ISO 6400 daje całkiem przyzwoite efekty, choć ziarno jest wówczas wyraźne. Jak już wspominałem w którymś teście Sony, ta wieloklatkowa redukcja w poszczególnych aparatach nie działa identycznie czy nawet podobnie. W niektórych upiera się całkowicie usuwać szumy kosztem szczegółów, w innych pracuje kompromisowo, pozostawiając trochę jednych i drugich. Tak właśnie to wygląda w A6500, i dobrze jest.

Kadr do testu działania wieloklatkowej redukcji szumów. Wycinki poniżej.
Górny rząd to wycinki ze zdjęć wykonanych klasycznie, dolny – z wieloklatkową redukcją szumów. Pełna rozdzielczość

Czułość ISO 6400 jest maksymalną, praktycznie dopuszczalną do użycia w tym aparacie, biorąc pod uwagę także RAWy. ISO 12800 nadaje się tylko do rozdzielczości ekranowej. To, co ważne: nawet przy tym wzmocnieniu sygnału, kolorom na zdjęciach nic nie można zarzucić.

Sony α6500 naświetla obficie. Nie prześwietla, ale wyraźnie próbuje realizować ETTR.

Na ekranie strasznie widać ślady palców – to kolejny argument za niekorzystaniem z dotykowej obsługi autofokusa. Zresztą nawet i bez tych śladów, w silnym świetle słonecznym, obraz na ekranie jest słabo widoczny i wymaga włączania trybu Sunny Weather. Praca w jego towarzystwie to czysta przyjemność także w słabszym świetle, choć znacznie trudniej ocenić efekty uzyskane na zdjęciu. No i aparat żre więcej prądu. No właśnie, jak to jest w przypadku A6500? Po bardzo złych w tym względzie doświadczeniach z A6000 oraz informacji w danych katalogowych, że tu wydajność akumulatora wygląda identycznie, przed testem nie byłem najlepszej myśli. Co prawda nie posunąłem się do wyłączania aparatu po każdym zdjęciu, ani nie ustawiłem króciutkiego czasu do usypiania, lecz jedynie aktywowałem tryb samolotowy. Dzięki temu miałem chociaż pewność, że żadne WiFi i inne NFC nie będą podjadały mi prądu potrzebnego do poważnych zadań. I wiecie co, wcale nie było źle. Akumulator wytrzymywał dobre kilka godzin fotografowania, co jest dobrym wynikiem jak na bezlusterkowca używanego testowo, czyli z regularnym przeglądaniem wykonanych zdjęć, grzebaniem w menu itd. Nie mam pojęcia, dlaczego tej poprawy nie uwzględniają oficjalne dane techniczne. Podobnie zresztą było w przypadku porównania A7 II z A7: teoretycznie powinno być równie źle, w rzeczywistości wystąpiła wyraźna poprawa wydajności. Podejrzewam, że Sony coś dopracowało w obu konstrukcjach, ale procedura testów CIPA tego nie zauważyła. Dobrze jednak, że poprawa widoczna jest podczas fotografowania.

Barwy bez zarzutu nawet przy wysokich czułościach.

Zapas funkcji fotograficznych i trybów działania wygląda tak jak i w pozostałych współczesnych bezlusterkowcach Sony. Nie będę tych funkcji wyliczał, choć oczywiście o wielu z nich wspominam w tekście i w opisach zdjęć. Tak czy inaczej, funkcji jest mnóstwo, więcej niż wystarczająco dużo, a co ważniejsze uzupełniono je dopracowanym systemem konfiguracji pod kątem specyficznych wymagań użytkownika. W trzech słowach: customizacja bez zarzutu. 10 definiowalnych przycisków, tuzin komórek w podręcznym menu, do których sami wybieramy funkcje, plus sporo pozycji w menu głównym, pozwalających to wszystko połączyć w spójny system. Co mnie jednak stale w Sony denerwuje, to zbyt częste traktowanie wyborów użytkownika jako błędnych. Czasem są to nieaktywne, wyszarzone pozycje w menu, czasem pojawiające się na ekranie informacje o niemożności aktywacji jakiejś funkcji. Wiem, to już kolejny raz, ale zaapeluję do Sony o zmianę tego podejścia. Pozwólcie włączać te funkcje, jednocześnie informując o dokonanych zmianach w innych ustawieniach.

W trybie standardowym wyszło nudno, w programie krajobrazowym już lepiej. Ale to jeszcze nie to. Może Żywe barwy? Nie, przesadzone. Bo przecież nie użyję Malowidła HDR. Na pewno nie? A jednak! To pierwszy wypadek, gdy wykonane w tym trybie zdjęcie z Sony podoba mi się.

Gdybyście mi nie uwierzyli, że nowości wśród funkcji brak i w celach poszukiwawczych zajrzycie do menu, napotkacie nieco inną jego formę. Pojawiły się kolory wyróżniające podstawowych 6 zakładek. Po drugie, doszły nazwy poszczególnych ekranów i wyraźniejsze oznaczenie, na którym ekranie danej zakładki się znajdujemy. Dla mnie te zmiany są zupełnie nieistotne, wręcz nie zauważyłbym ich, gdyby nie zostały pochwalone przez niektórych testujących. Grunt, że komuś pomagają.

Przy sodówkach AWB nie miał szans, ale w każdym innym sztucznym świetle daje radę. Także przy świetlówkach kompaktowych i zwykłych żarówkach. Sony α6500 może nie oddaje wówczas barw idealnie, lecz na piątkę z minusem zasługuje. Minus należy się za lekki zielony zafarb przy świetlówkach i ciut za ciepłe kolory przy świetle żarówkowym. Tak czy inaczej, to wyniki plasujące pod tym względem aparat w pierwszych pięciu procentach cyfrówek na rynku.

Dynamika bez zarzutu, zresztą Sony w swych materiałach wspomina o poprawie jakości obrazu w tej dziedzinie, w porównaniu z A6300. W wielu trudnych sytuacjach wystarczy praca z RAWem, czasem warto wspomóc się funkcją DRO. A jeśli wystarczy nam sam JPEG, spróbować można HDRa. Jednak – tak jak i w innych modelach Sony – włączeniu którejkolwiek z tych funkcji musi towarzyszyć zdecydowana korekcja ekspozycji na minus. Inaczej aparat zrobi nas na szaro, czyli jasno i niekontrastowo. Mnie z reguły najbardziej pasowało -1 EV, dające optymalne i naturalne odwzorowanie rzeczywistości na zdjęciu.

Gęste, głębokie cienie, jasne wysokie światła, a matryca bez problemu ogarnęła scenę.
Filozofia działania DRO: przepalone światła mam w nosie, grunt żeby rozjaśnić cienie.
W tym wypadku DRO było bez szans, więc użyłem HDRa wspartego korekcją -1,7 EV.

Grzechem byłoby nie wspomnieć o filmowaniu, bo to przecież w tym celu A6500 jest bardzo często kupowany. Jednym zdaniem: mamy tu dokładnie ten sam zestaw funkcji, parametrów i możliwości, co w A6300. Czyli: 8-bitowy XAVC S 4K maks. 100mb/s, 25p z oversamplingiem rzędu 1,6 albo z cropem przy 30p, Full HD również w AVCHD albo MP4 maks. 100 Mb/s; profile obrazu z S-Logami włącznie, wyjście czystego sygnału HDMI itd. itd. Filmowanie to zupełnie nie moja działka, więc wszystkich zainteresowanych odsyłam do testu, który na videodslr.pl popełnił Amadeusz Andrzejewski. On, oczywiście :-), testował wyłącznie możliwości filmowe aparatu.

Poniżej, w galerii, prezentuję zestaw zdjęć wykonanych podczas testu Sony A6500. Wszystko to JPEGi wprost z aparatu, niektóre poziome kadry przycięte po bokach.

Po całym teście mam ambiwalentne odczucia. Bo z jednej strony aparat został świetnie podciągnięty do celów reporterskich, o czym świadczą wspaniałe parametry zdjęć seryjnych i ciągłego autofokusa. Z drugiej, pojedynczy AF nadal potrafi zawieść, podobnie jak Touch Pad. No i dlaczego mamy tylko jedno gniazdo na kartę pamięci, do tego UHS-I, a nie UHS-II? I USB 2.0, a nie 3.0? Po co te ograniczenia? Chyba że… choć nie, to mało prawdopodobne: może Sony planuje wypuścić typowo reporterski A6900 – taki klon A9, ale w APSC? Dziwne by to było posunięcie, ale kto wie…

Jednak tych kilka braków, czy też „braków”, które przed chwilą wymieniłem, to wszystko, do czego poważnie przyczepiłbym w się w A6500. Reszta prezentuje się więcej niż fajnie, często świetnie. Zakres funkcji, ich kombinacji i indywidualizacji, ogół ergonomii, sprawność działania, jakość obrazu… długo można by wymieniać. Przy tych wszystkich pozytywach, cena 6500 zł wcale nie wydaje się taka wysoka. Jasne, do niskich nie należy, krzywić się mamy prawo, lecz topowe modele APS-owej konkurencji są zauważalnie droższe. Zresztą te Micro 4/3 też.

Przyznam jednak, że A6500 nie zdobył mojego serca. To pewnie przez ten S-AF, tak sobie działającą stabilizację matrycy i mało sprawny Touch Pad. Gdybym chciał coś wybrać z oferty APSów Sony, wziąłbym A6300. To kolejny w historii mojego bloga przypadek, gdy po teście nowszego modelu sprzętu, decydowałbym się na wybór poprzedniego. Jednak tym, którzy widzą zastosowania dla nowości A6500 w porównaniu z A6300, szczerze mogę polecić jego zakup.

Plusy:

  • zakres możliwości
  • szybkość działania
  • C-AF

Minusy:

  • zawahania S-AF
  • skuteczność stabilizacji (zwłaszcza w stosunku do obietnic)

Ostatnio na blogu opublikowałem także:

Podziel się:

Przeczytaj także:

Także w kategorii Testy:

Profoto B1X - test lampy błyskowej z systemem TTL i synchronizacją HSS Huion Inspiroy Q11K - obiecujący, duży i niedrogi tablet z dalekiego wschodu [test] Voigtländer 21 mm f/4 Color Skopar P-Typ, czyli małe zaskoczenie [test] Olympus TG-5 - wakacyjny test. Twardziel na sterydach: z filmami 4K i zapisem RAW Voigtlander 10 mm f/5.6 Hyper Wide Heliar Aspherical - test spektakularnego hiperobiektywu Islandia, ja oraz pojedynek flagowców Fujifilm: X-Pro2 kontra X-T2 Peak Design Everyday Backpack to plecak fotograficzny, z którego chcę korzystać każdego dnia Więcej światła z Chin. Mitakon Speedmaster 85 mm f/1.2 Fujifilm Instax Square SQ10 - kwadratowo, cyfrowo i natychmiastowo [test] Sony A9 - test praktyczny okiem fotografów Olympus M.Zuiko Premium ED 30 mm f/3.5 Macro, czyli mikre makro do Micro 4/3 [test] Canon EOS 200D - najlżejsza lustrzanka z odchylanym ekranem w naszych rękach Canon EOS 6D Mark II - budżetowa pełna klatka powraca. Pierwsze wrażenia Laptop dla fotografa - jak sprawdzi się Microsoft Surface Pro 4? 2 miesiące z Fujifilm X100F. Zabrałem go do Chin i pokochałem [test] WD My Passport SSD - 256 GB pamięci na 41-gramowym dysku [test] Voigtländer 40 mm F 2,8 Heliar - zadziwiający obiektyw! Impossible I-1 – czy współczesny Polaroid jest chociaż zbliżony do oryginałów? [test] Canon EOS M6 - zdjęcia przykładowe z młodszego brata EOS-a M5 Trzydzieści pięć milimetrów najlepszej klasyki dla bezlusterkowców - Zeiss Biogon ZM 35 mm f/2 Panasonic Lumix GH5 - Mikro Cztery Trzecie z profesjonalnym zacięciem [test] Torba Cosyspeed Camslinger 160, czyli Wyatt Earp się kłania! (test) Instax Square SQ10 - byliśmy na imprezie Instaxa. Oto nasze pierwsze wrażenia Sony FE 16-35 mm f/2.8 GM oraz Sony FE 12-24 mm f/4 G - zdjęcia przykładowe wykonane A9 i pierwsze wrażenia

Popularne w tym tygodniu:

Feiyu Tech A2000 - wideotest nowego gimbala z dalekiego wschodu