© Paweł Baldwin

Vanguard VEO 235AB - statyw na lekko [test]

„Dawniej fotografowaliśmy lustrzankami i nie chciało nam się dźwigać do nich odpowiednio solidnych statywów. Teraz, przy znacznie mniejszych bezlusterkowcach, nie mamy już tego problemu, gdyż możemy korzystać ze statywów lekkich i niekłopotliwych w transporcie” - usłyszałem to od Jacka Boneckiego, gdy na targach spotkaliśmy się przy statywach, gdzie oglądałem model „lustrzankowy”, a on szukał czegoś leciutkiego. Utkwiło mi w pamięci jego podejście do sprawy, więc do najbliższego testu statywu, który mi się nadarzył, wybrałem taki właśnie, „bezlusterkowy” model. Oto Vanguard VEO 235AB

Vanguard VEO 235AB to średni model w rodzinie VEO, o której dalej jeszcze wspomnę. Jest statywem przeznaczonym do raczej lekkich aparatów, gdyż charakteryzuje się nośnością 6 kg. To oczywiście nośność „katalogowa”, a zasady zalecają nieprzekraczanie połowy tej wartości. Zwłaszcza gdy sprzęt fotograficzny ma duży moment bezwładności, czyli nie jest ciężkim, ale zwartym klockiem, a zestawem nawet lżejszym, ale sporym – np. aparat z długim (wymiarowo) teleobiektywem. Właściwie jedyną "bezlusterkową" kombinacją, która przychodzi mi do głowy, a której nie stawiałbym na tym Vanguardzie, jest któryś z aparatów Sony z dołączonym jasnym zoomem FE.

Dzięki, między innymi, aż 5 sekcjom, VEO 235AB mocno zmniejsza się po złożeniu.

Jednak ogromna większość konfiguracji, szczególnie aparatów z matrycami 4/3 cala i APSC, nie będzie sprawiała temu statywowi kłopotów. Podczas mojego testu i podczas trzytygodniowego używania VEO 235AB, stawiałem na nim trzy aparaty. Po pierwsze Olympusa E-M10 II, który występuje na publikowanych zdjęciach, ale też dwa Panasoniki: G80 i FZ1000. Aparaty te ważyły, w stanie gotowości do pracy, 700–900 g.

Pracując tym Vanguardem, bezwiednie nie korzystałem z najcieńszej sekcji jego nóg, a - wbrew zasadom - wolałem podjechać w górę kolumną centralną. Z drugiej strony patrząc, nie zawsze musiałem mocno podwyższać statyw, gdyż do aparatów z odchylanymi ekranami można łatwo przymierzyć się niekoniecznie dokładnie z ich wysokości. To kolejna zaleta bezlusterkowców w porównaniu z klasycznymi lustrzankami.

O praktyczną nośność VEO 235AB martwię się głównie z powodu pewnej jego cechy, którą twórcy przyjęli jako istotne założenie konstrukcyjne. Chodzi o kompaktowość, a konkretnie niedużą długość w pozycji transportowej, która wymusiła zastosowanie aż 5 sekcji nóg statywu. To dużo. Sam preferuję statywy trzysekcyjne, czterosekcyjnych już nie lubię, więc pięć sekcji to dla mnie hardcore. Ale to pewnie tylko homo reflexicus, który zamieszkał kiedyś w mojej głowie i nie przyjmuje „bezlusterkowej” rzeczywistości. Nie jest łatwo się od tego gościa uwolnić, zwłaszcza gdy widzi się najcieńsze sekcje nóg statywu o zaledwie centymetrowej średnicy. Podczas testu zorientowałem się, że zupełnie bezwiednie nie wysuwam tych dolnych sekcji, a w najlepszym wypadku, przy każdym rozstawianiu statywu zadaję sobie pytanie: czy naprawdę chcesz znowu zobaczyć te „patyczki”? A już na poważnie: średnica średnicą, wrażenie wrażeniem, ale sztywność sztywnością. Jej, mimo filigranowej formy statywu, czepiać się nie mogę. Pod tym względem VEO 235AB zachowuje się o niebo lepiej, niż wygląda.

Jest jeszcze jeden, dość nietypowy, element statywu, który powinien wpływać na sztywność konstrukcji. Chodzi o niepełną „obręcz” centralnego spojenia statywu, czyli miejsca gdzie schodzą się jego nogi i kolumna centralna. Inżynierska część mojego mózgu buntuje się przeciwko temu brakowi symetrii i zamknięcia, zapewniającego optymalne przeniesienie naprężeń. Wrażenie podobne jak przy pojedynczym widelcu w rowerze lub samolocie Blohm & Voss BV 141. Ale znowu, analogicznie jak w przypadku nóg statywu: pewnie jakiś negatywny wpływ tego rozwiązania występuje, jednak wyraźnych sygnałów nie ma. No i dobrze, ale po co w ogóle taki cudaczny patent? Sprawa jest oczywista: chodzi o uproszczenie i odchudzenie mechanizmu obracania kolumny centralnej. Dzięki temu statywy VEO nie tylko są lekkie, ale też potrafią „schować głow(ic)ę między nogami”, co skraca je w pozycji transportowej o ok. 10 cm, w porównaniu z konstrukcjami klasycznymi.

Żeby nie było za pięknie, taki mechanizm obrotu kolumny uniemożliwia fotografowanie przy kolumnie ustawionej ukośnie. Po prostu w takiej pozycji nie da się skutecznie zacisnąć jej w obrotowym gnieździe. Ale oczywiście nie ma problemu z wykonywaniem zdjęć z głowicą w dolnym położeniu. Byle tylko aparat umożliwiał spojrzenie na ekran.

Zobacz również: Canon 5D Mark III - test

A propos dotyku. Jedna z nóg statywu została ubrana w gumową nakładkę mającą zapewnić dobry chwyt oraz izolację cieplną dla dłoni, przydatną w chłodne dni. O ile pierwszy cel został spełniony, o tyle drugi ani trochę, Nie jest potrzebny mróz, wystarczy spadek temperatury do plus kilku stopni, a dłoń bez rękawiczki wyraźnie czuje odpływ ciepła do statywu. Na zimowe fotografowanie warto więc doposażyć tego Vanguarda w dodatkową piankową osłonę dla jednej nogi.

Jeśli aparat ma ekran odchylany także w dół, to co za problem zamontować go na odwróconej w dół kolumnie? Dzięki temu rozwiązaniu znajduje się on tuż nad ziemią. I tylko szkoda, że symbole na ekranie  widzimy do góry nogami. Obsługa tak ustawionego aparatu może nie być łatwa, a bardzo przydaje się dotykowy ekran.

Za to na jednoznaczną pochwałę zasługuje system mimośrodowych zacisków nóg. Pracuje lekko, a mimo to blokady dobrze trzymają. Sprawdziłem to nie tylko w temperaturze pokojowej i obowiązującej obecnie jesienno-zimowej 0–10 °C, lecz również w prawdziwie zimowej -25 °C. Użyłem zamrażarki, po wyjęciu z której wszystkie mechanizmy statywu i głowicy pracowały bez zarzutu. Jasne, nie tak lekko i płynnie jak przy +20 °C. Jednak wyraźniejszą różnicą na minus był większy opór przy panoramowaniu głowicą. Dodatkowo, jedna z 12 blokad nóg ustąpiła przy próbie obciążenia. Ale było to obciążenie jednej nogi, dokładnie w jej osi i siłą mniej więcej trzykrotnie większą niż nośność całego statywu. Ot, w fabryce inaczej dokręcono jedną śrubę regulacyjną. Wkrętak w dłoń i po problemie! Tak więc, w praktycznym użyciu tego Vanguarda na mrozie, nie ma się czego obawiać.

W nazwie statywu, przy symbolu „235”, występuje oznaczenie literowe „AB”. Sygnalizuje ono, że statyw wyposażony jest w kulową głowicę THB-50. Druga wersją jest „AP” z dwukierunkową głowicą „filmową” PH-25. Statywu nie można kupić bez głowicy. Niemniej głowicę można odkręcić i zamontować inną, gdyż kolumna zakończona jest klasycznym „małym” gwintem statywowym ¼”.

THB-50 ma nośność 9 kg, której na statywie VEO 235 nie można w pełni wykorzystać. Jak przystało na porządną głowicę kulową, posiada „wydzielony” obrót wokół osi pionowej z własną blokadą ruchu. Płytka reprezentuje standard Arca Swiss, przy jej mocowaniu umieszczono poziomnicę oczkową. Mocowanie prezentuje się bardzo solidnie i porządnie, jest w pełni metalowe, łącznie z pokrętłem zaciskającym. Widoczny na zdjęciu poniżej jasny kołeczek uniemożliwia przypadkowe wysunięcie się płytki w przypadku zbyt słabego jej zaciśnięcia.

Płytka, jak to Arca Swiss, ma od spodu niezbyt dużo miejsca na łeb śruby dokręcającej ją do aparatu. Konstruktorzy nie zdecydowali się na wyposażenie śruby w pałąk umożliwiający dokręcanie jej palcami. Jeśli więc nie pasuje nam operowanie kluczem nasadowym, sześciokątnym lub monetą, śrubę z pałąkiem musimy dokupić we własnym zakresie. W głowicy dopatrzyłem się dwóch nieobecnych elementów: poziomnicy przy podstawie głowicy oraz regulacji tarcia kuli. Piszę o nich, ale to braki nieco na wyrost, byłyby one istotnymi wadami dopiero w znacznie poważniejszych głowicach tego rodzaju.

Wspomniałem o w pełni metalowym mocowaniu płytki, więc uzupełnię, że reszta głowicy oraz statyw są wyjątkowo ubogie w elementy z tworzyw sztucznych. W głowicy plastikowe są jedynie gałki pokręteł blokujących, a w statywie nakładki na zaciski nóg. Przy czym cała reszta to metal. Oczywiście poza gumowymi stopkami nóg. Na zdjęciu powyżej widać oddzielne blokady ruchu kuli (po lewej) i panoramy (po prawej).
Głowica pracuje bez zarzutu. Obroty (kula i panorama) odbywają się z niedużym oporem. Blokady łapią płynnie i gładko — łatwo zorientować się, z jaką siłą należy obrócić dźwignię, by blokada była pewna.

Uzupełnię jeszcze dane techniczne statywu. Jego masa (razem z głowicą) to ciut ponad półtora kilograma. Podstawowym materiałem w jego konstrukcji jest aluminium. Średnica zewnętrzna rurek pierwszej, najwyższej sekcji, wynosi 23 mm. Maksymalna wysokość, na której możemy umieścić aparat to 146 cm, przy wysuniętej kolumnie centralnej i 123 cm przy schowanej. Najmniejsza wysokość wynosi 38 cm, a uzyskujemy ją, gdy kolumna swym dolnym końcem dotyka podłoża. Konstruktorzy statywu sprytnie to wymyślili, bo taką pozycję uzyskujemy przy niewysuniętych nogach statywu, które rozstawiamy na środkowy z trzech dostępnych zaskoków.

Zjechać można jeszcze niżej i to bez konieczności pracy aparatu do góry nogami. Statyw rozkładamy najszerzej, czyli na trzeci zaskok. Potem wyjmujemy kolumnę, na jej miejsce montujemy „grzybek makro” (kupowany oddzielnie) i już mamy poziom 10 cm. No dobra, jeszcze jakaś głowica by się przydała, by móc ustawić aparat w żądanym kierunku.

Statyw kupujemy w komplecie z dedykowanym pokrowcem, a ciekawym, wartym przemyślenia dodatkiem, jest dedykowana torba VEO 37. Dedykowana, ale wcale nie dlatego, że ma wewnętrzną długość ok. 40 cm, czyli ciut większą niż długość statywu w pozycji transportowej. Dedykacja polega na osobnym wejściu dla statywu oraz „tunelu” przy dnie torby, w który ten się wsuwa. Torba wyposażone jest we wkładki pozwalające lepiej ułożyć sprzęt, przy czym i je i tunel można wyciągnąć, by torby używać do mniej fotograficznych zadań.

Torba VEO 37.

Obiecałem opisać też pozostałe statywy rodziny VEO Vanguarda. Testowany model 235 jest średnim jej modelem. Poniżej niego plasuje się „204”, a powyżej „265”. Różnią się one od „235” przede wszystkim nośnością: 4 kg w przypadku „204” i 8 kg dla „265”. Ale nie tylko, gdyż „204” jest czterosekcyjny, a „265” występuje również w wersji węglowej. Dużego zysku z tego karbonu nie ma (masa 1,5 kg zamiast niecałe 1,7 kg) – mam na myśli wersje statywów „AB”, czyli wyposażone w głowice kulowe. W tej dziedzinie model 204 odstaje od pozostałych, gdyż jako jedyny korzysta z głowicy bez wydzielonego panoramowania z własną blokadą.

Przyznaję, że to jedyny argument, który mnie zniechęca do polubienia tego właśnie modelu. Bo już jego cztero, a nie pięciosekcyjność jest mocnym argumentem za. Cała rodzina prezentuje bardzo zbliżone charakterystyki wymiarowe. W pozycji transportowej liczą 38–40 cm długości, wysuwają się maksymalnie na 135–150 cm, a najmniejsza wysokość w normalnym położeniu kolumny centralnej to 38–39 cm. Ważą od 1,3 kg do 1,7 kg. Najciekawsze znalezione w wyszukiwarkach aktualne ich ceny to (dla wersji aluminiowych AB): „204” – 380 zł, „235” – 480 zł, „265” – 550 zł.

Który z nich sam bym wybrał? Model 204 raczej nie, chyba że musiałbym zadbać o jak najmniejszy ciężar statywu. Najprawdopodobniej zdecydowałbym się na testowany „235”, bo dodatkowe 2 kg nośności w „265” niezbyt mnie kusi, podobnie jak wyraźnie wyższa cena. To oczywiście dla zastosowań typowo „bezlusterkowych”. Bo gdybym planował korzystanie z nieco cięższego sprzętu fotograficznego, zdecydowanie celowałbym właśnie w model 265.

Plusy:

  • skromne wymiary w pozycji transportowej
  • przyzwoita sztywność (pomimo sprawianych pozorów)

Minusy:

  • słaba izolacja termiczna gumowej osłony nogi

Na moim blogu ostatnio opublikowałem także:

Zobacz więcej artykułów z serii: Testy akcesoriów

Podziel się:

Przeczytaj także:

Także w kategorii Testy:

Nowoczesny ekosystem fotograficzny Canona. Sprawdzamy, jak działa w praktyce Canon EOS 5D Mark IV - test lustrzanki dla profesjonalistów Peak Design Everyday Backpack 30L – codzienny plecak do profesjonalnego użytku [recenzja] Nikon D3400 - test lustrzanki dla każdego DJI Mavic Pro - pierwsze wrażenia, zdjęcia i filmy z polskiej premiery „kieszonkowego” drona Karty SD UHS-II kontra UHS-I. Czy warto dopłacić? [test] Thule Covert DSLR Rolltop - plecak fotograficzny dla aktywnych mieszczuchów [test] Olympus OM-D E-M1 Mark II - pierwsze zdjęcia przykładowe Leica S (Typ 007) - królowa średniego formatu w akcji [test] Sigma 50-100 mm F1.8 DC HSM Art. Jasno – jaśniej – Sigma [test] Canon EOS 5D Mark IV - jak sprawuje się w terenie? Oto zdjęcia przykładowe Leica X-U (Typ 113) - subiektywny test podróżniczego all-roundera DJI Osmo+ - test poręcznego stabilizatora do filmowania w 4K Fujifilm X-T2 - test bezlusterkowego profesjonalisty Sony RX100 Mark V - pierwsze wrażenia i zdjęcia przykładowe Voigtländer Ultron 21 mm f/1,8 ASPHERICAL - czarny koń ze stajni Cosina [recenzja] Samyang AF 14 mm f/2.8 FE - ultraszeroko, jasno i w przystępnej cenie [recenzja] Sony A68 - test aparatu pełnego kontrastów QNAP TS-451A - domowy NAS dedykowany fotografom [test] Fujifilm GFX 50S - nasze pierwsze wrażenia Yi M1 – tani, chiński bezlusterkowiec w naszych rękach [wideo] Olympus M. Zuiko Digital 25 mm f/1.2 PRO - zdjęcia przykładowe Sony A99 II - pierwsze wrażenia Olympus OM-D E-M1 Mark II - pierwsze wrażenia [wideo]

Popularne w tym tygodniu:

Canon EOS 77D - zaawansowana lustrzanka dla pasjonatów [test]