Fujifilm X-T10 - skromnie i klasycznie [test]

Gdy tylko obejrzałem ten aparat i pobawiłem się nim podczas polskiej premiery, wiedziałem, że Fuji zrobiło dobry ruch. Flagowy X-T1 jest bowiem świetnym, ale i drogim aparatem – nic dziwnego, ma prawo. Przydałby się więc tańszy model. Na tyle podobny, by czerpać z dobrych opinii o wyższym modelu i na tyle (zgrabnie) uproszczony, by chętnym okiem spojrzała na niego szersza grupa potencjalnych chętnych. Takich, którzy nie zapłacą za aparat 4500 zł, ale półtorakrotnie niższą cenę już zaakceptują. A co jeszcze spodoba im się w tym bezlusterkowcu?

© Paweł Baldwin

© Paweł Baldwin

Z ceną sprawę mamy już załatwioną. Polskie Fuji, natychmiast po premierze, proponowało zakup X-T10 z najtańszym zoomem (16–50 mm) na przedpłatę za 3400 zł. Obecnie, a więc po trzech miesiącach obecności aparatu na półkach, taki zestaw kupujemy za nieco ponad 3100 zł, a sam korpus za 2900 zł. Czyli dobrze jest! Oczywiście piszę o cenach sprzętu z polskiej dystrybucji, a nie o jakichś valuebasketach.

Źródło: Fujifilm

Fuji zdecydowało się na ciekawe wzornictwo, mocno Vintage. Jednak nie poszło wyłącznie w pokrętła zamiast klawiszy – to byłoby za proste. Cała forma aparatu nawiązuje do lustrzanek sprzed 40 lat, a mi chyba najbardziej kojarzy się z topornym Zenitem E. To oczywiście w przypadku srebrnej wersji X-T10, bo czarna prezentuje się bardziej cywilizowanie. Na ten zenitowski wizerunek najbardziej wpływa kanciasta „obudowa pryzmatu” oraz mikre, oszczędnościowe pokrętła (przednie i tylne). Tak, jakby w magazynie innych nie było i wzięto to, co zostało na półkach. I na tym zakończyłbym znęcanie się nad niewinnymi pokrętłami, gdyby nie fakt, że w użyciu sprawowały się one gorzej niż wyglądały. Stawiały za mały opór, miały za drobny skok, a zmiana wartości funkcji dokonywana z ich użyciem była wyświetlana w wizjerze / na ekranie z wyraźnym opóźnieniem. Podczas testu musiałem nauczyć się obracać je powoli, by nie przesmarować żądanej wartości. Czasami spowalniało to obsługę na tyle, że wolałem na przykład dla zmiany czułości z ISO 200 na ISO 400 trzy razy szybko nacisnąć nawigator, niż precyzyjnie kręcić kółkiem. W X-T1 pokrętła są toporniejsze i dzięki temu znacznie wygodniej się je obsługuje.
Ale to jeszcze nie wszystkie moje żale. W sprawozdaniu z premiery X-T10 pochwaliłem pomysł na wciskane pokrętła, bo dzięki temu można im przyporządkować 4 funkcje. To lepsze niż „dźwigienka 1–2” Olympusa, no i oczywiście lepsze niż tylko jedno wciskane pokrętło w Panasonicach. Ale gdy zabrałem się do konfigurowania aparatu przed testem, wyszło, że tak naprawdę to tylko pod jedną „pozycję” z czterech można sobie samodzielnie wybrać funkcję. Tak więc cała para poszła w gwizdek. Liczę jednak, że któryś z kolejnych firmware’ów pozwoli na lepsze wykorzystanie tych wciskanych kółeczek.
Jednak i bez tego, Fuji ma znaczne możliwości indywidualizacji sterowania. Jedną z kilkunastu funkcji możemy bowiem przypisać nie tylko klawiszowi Fn, ale też przyciskowi filmowania oraz każdemu z czterech segmentów nawigatora. Jeśli do tego doliczymy kilkanaście pozycji edytowalnego podręcznego menu Q (takich menu może być nawet 8), widzimy, że nikt nie będzie narzekał. Opcji okazało się tak dużo, że odpuściłem sobie customizację nawigatora i na jego segmenty wrzuciłem bezpośredni dostęp do sterowania położeniem pola AF. Miłe, że wybierając je, pod przednim kółkiem od razu mamy wybór wielkości pola.

Skoro ma to być bezlusterkowiec z niskiej półki, dajmy mu nieduży uchwyt. Zły pomysł!
© Paweł Baldwin

Na górze aparatu mamy zestaw trzech pokręteł, odpowiadających za ustawianie „przesuwu filmu”, czasu naświetlania i korekcji ekspozycji. To zmiana w stosunku do X-T1, gdzie po lewej mieliśmy pokrętło czułości. Ale ja się cieszę z rozwiązania X-T10, bo to zmniejsza liczbę sytuacji gdy muszę wyjąć lewą rękę spod obiektywu. Druga różnica – też miła – to brak blokad obrotu na tych pokrętłach. Trzecia przyjemna i wielce klasyczna cecha, to sposób ustawiania trybu naświetlania. Program, to „A” na pokrętle czasów i „A” na / przy pierścieniu przysłon obiektywu. „A” na pokrętle czasów i konkretna wartość przysłony, to automatyka czasu itd. Ręcznie czasy możemy wybierać nie co pełną działkę, co sugeruje widok pokrętła, a co 1/3 działki. Służy do tego jedno z kółek (przednie albo tylne – do wyboru), pozwalające pracować w zakresie 2/3 działki. Szkoda, że nie w pełnym zakresie czasów. Przy pokrętle czasów widzimy dźwigienkę z pozycją A, której ustawienie przełącza X-T10 w pełną automatykę. To ukłon w stronę mniej zaawansowanych użytkowników. Programów tematycznych brak.

1/4000 s to wcale nie najkrótszy dostępny czas ekspozycji, bo mamy jeszcze migawkę elektroniczną potrafiącą odmierzyć cudownie króciutką 1/32000 s. Możemy sami decydować, czy pracujemy konkretną migawką, czy też oboma. W tym drugim wypadku elektroniczna automatycznie aktywuje się przy ekspozycjach krótszych niż 1/4000 s. Jest też ograniczenie: elektroniczna pracuje wyłącznie w zakresie czułości ISO 200–6400 i nie można przy jej użyciu korzystać z flesza. Niemniej elektroniczna migawka z superkrótkim czasem 1/32000 s to błogosławieństwo dla lubiących korzystać w silnym świetle z bardzo dużych otworów przysłony. Zwłaszcza, gdy chcemy się podeprzeć typową dla Fuji funkcją powiększenia zakresu dynamiki DR200% albo DR400%, wymagającą ustawienia czułości wyższej niż natywne ISO 200, odpowiednio: ISO 400 i ISO 800. Przy okazji: identyczny zakres czułości ISO 200–6400 obowiązuje gdy chcemy rejestrować zdjęcia w RAWach. By pracować w „sztucznych” czułościach: ISO 100, a z drugiej strony skali ISO 12800, 25600 i 51200, musimy ograniczyć się do JPEGów.

Ekran odchyla się w dół o 45° i w górę o 90°, i w tej pozycji nie jest zasłaniany przez mało wystający do tyłu okular wizjera. Rzadka rzecz w bezlusterkowcach. A przy tym wizjer nie dość, że nie jest przesunięty do przodu, nad obiektyw, to jeszcze nad nim zmieściła się lampka błyskowa. Jeśli ktoś o tym nie wie, to po samych zdjęciach aparatu tego flesza nawet nie będzie się domyślał. Brawa dla konstruktorów za tak zgrabne upchnięcie wizjera i lampy.
© Paweł Baldwin
Mało przycisków po lewej stronie – lubię to! Do tylnej ścianki mam jedną istotną uwagę: za mało tam miejsca dla nasady kciuka. Skutkiem tego regularnie niechcący wciskałem prawy klawisz nawigatora. Gdyby jeszcze aparat można było „powierzyć” samym palcom na uchwycie… Ale nie, ten jest zbyt mały, więc aparat dla pewnego chwytu wymaga ściśnięcia dłonią. Ekran w normie, ale bez szaleństw – w silnym świetle chętniej korzystałem z wizjera. Ten podoba mi się, a szczególnie przypadło mi do gustu obracanie, przy kadrach pionowych, wyświetlanych tam informacji o 90°. Ale zdarzało się czasami, że wizjer strasznie podbijał kolory. Aż sprawdzałem, czy przypadkiem nie pracuję w trybie barw Velvia, czy wręcz z filtrem Pop. To chyba jakieś programowe niedociągnięcie, choć w teście brał udział aparat z finalnym softem.
© Paweł Baldwin

Zobacz również: Tomasz Lazar opowiada o swojej podróży do Aokigahara - japońskiego lasu samobójców

Ja rozumiem w małym kompakcie, ale żeby w niezbyt zminiaturyzowanym bezlusterkowcu APS-C trzeba było gniazdo statywu aż tak bardzo zbliżyć do komory akumulatora? Nie tylko płytka statywu, ale nawet śruba mocowania paska – jeśli ktoś lubi nosić aparat w ten sposób – będzie blokowała klapkę. Jedynym wyjściem jest zakup uchwytu MHG-XT10, którego dolna płytka ma przesunięte gniazdo statywu. Przy okazji większy grip ułatwi trzymanie aparatu. 
© Paweł Baldwin

Teraz kilka słów o systemie ustawianiu ostrości, z którym wiązałem spore nadzieje. Zacznę od ciekawego drobiazgu pomocnego przy ręcznym ostrzeniu, czyli funkcji Split Image. Jest to cyfrowa symulacja efektów działania klina optycznego, znanego z większości matówek lustrzanek bez autofokusa. Nieprawidłowe ustawienie ostrości sygnalizowane jest w X-T10 rozjechaniem się pionowych krawędzi w centrum kadru, ale efekt ten jest zdecydowanie słabo widoczny. Albo inaczej: trzeba trafić na naprawdę dobrze wyróżniającą się, kontrastową linię, by to wspomaganie było efektywne. Ja wolałem korzystać z Focus Peak Highlight, choć i tu Fuji pokazuje swój charakterek. Podświetlanie prawidłowo zogniskowanych obszarów połączone jest bowiem z mocnym podbiciem na nich ostrości. Szczególiki zaczynają więc świecić nie tylko kolorem, ale i błyszczeć. Pomaga? Tak, ale wyłącznie przy niskiej jasności kadru, bo wtedy kolor podświetlający i wyostrzanie dawkowane są bardzo oszczędnie. Gdy kadr jest jasny, duże obszary zaczynają błyszczeć, co bardzo mi przeszkadza.

Bardzo byłem ciekaw sprawności autofokusa, przede wszystkim ciągłego. Zwłaszcza, że to przecież Fuji było pierwszym producentem cyfrówek, który zaimplementował detekcję fazy w matrycy, więc wypadałoby, aby i X-T10 trzymał w tej dziedzinie wysoki poziom. To, czym Fuji bardzo chwaliło się przy prezentacji X-T10 (oraz ogłoszonego w tym samym czasie nowego firmware’u 4.0 do X-T1), była zdecydowana poprawa działania w słabym oświetleniu oraz umiejętność skutecznego śledzenia obiektów zmieniających położenie w kadrze. Niewątpliwie autofokus ma mocną podstawę działania: 49 punktów ostrości obejmujących znaczną część kadru; ponad 90 % jego powierzchni gdy ustawimy największy rozmiar pojedynczego pola ostrości. Ta regulacja wielkości ramki (nota bene bardzo wygodna) od niemal punktu do sporego kwadracika, bardzo ułatwia fotografowanie przy zmieniających się motywach zdjęć.
Słabe oświetlenie rzeczywiście nie stanowi problemu. AF-S nie jest superszybki, widać ruch tam i z powrotem charakterystyczny dla „kontrastowego” autofokusa, ale pracuje pewnie, wystarczająco sprawnie i precyzyjnie. W czasie gdy testowałem X-T10, trafił mi się reportaż, na którym postanowiłem wykorzystać ten aparat pod długi zoom (50–140/2,8). Obfotografowywany przeze mnie zjazd odbywał się w sali paskudnie oświetlonej żarówkami energooszczędnymi, a na dodatek ciemnej, by dobrze widać było obraz wyświetlany na ekranie. Autofokus dawał radę bez większych problemów, nie poddawał się częściej niż miałoby to miejsce w przypadku wysokiej klasy lustrzanki. Jedynie przy gwałtownym wyzwoleniu migawki, bez wcześniejszego połowicznego naciśnięcia spustu dla ustawienia ostrości, zdarzały się potężne wpadki i to pomimo ustawienia priorytetu ostrości. Ale jeśli zdjęcia robiłem serią, to już druga klatka zawsze miała ostrość ustawioną prawidłowo.

Śledzenie obiektu poruszającego się w kadrze? Działa sprawnie, zarówno przy priorytecie twarzy, gdy wykrywa oko (to tylko przy dość ciasnym portrecie) oraz przy zdjęciach akcji. Tyle, że tu pojawia się pewien istotny problem: brak priorytetu pierwszego planu. Oznacza to, że płot w tle jest dla autofokusa równie ważny jak pięciokrotnie bliższy obiekt, zajmujący 80 % „średnio szerokiego” pola AF. Kłopoty pojawiać się więc mogą już przed pierwszym zdjęciem. A potem też może być różnie, co pokazuje film poniżej.

Na filmie: 8 klatek/s, AF-C z priorytetem wyzwalania migawki, pole AF „średnio szerokie”, czyli obejmujące centrum kadru z 9 polami ostrości obsługującymi detekcję fazy. Obiektyw 50–140 mm f/2,8 z ogniskową tuż przy dłuższym krańcu zakresu i przy otwartej przysłonie. Szybkość ostrzenia bez zarzutu, jednak wykrywanie ostrości i decyzja na czym ją ustawiać, wyglądają już nie tak pięknie. Aparat waha się pomiędzy przodem samochodu, a szybą. Zostaje z tyłu na jedno zdjęcie, a później nadgania – skutecznie, co bardzo dobrze świadczy o szybkości AF. W sumie niby sprawnie, ale nie bardzo można na nim polegać. Ciekawe, czy we flagowym X-T1 (ver. 4.0) sprawy mają się podobnie, czy może tam algorytmy są bardziej wyrafinowane / lepiej dopracowane? Jedna ważna uwaga: przy seriach zdjęć ciągły autofokus działa wyłącznie z mechaniczną migawką. I to nie wtedy gdy służy ona do odmierzania światła, a gdy w menu wybierzemy opcję MS. Ustawienie MS+ES (czyli elektroniczna dla czasów krótszych od 1/4000 s) spowoduje, że ostrość w AF-C zostanie ustawiona dla pierwszego zdjęcia i zablokowana. To niedogodność dla tych, którzy przy zdjęciach akcji liczyli na możliwość korzystania z bardzo krótkich czasów.

Co do samych serii zdjęć, to nie podoba mi się jeden ich parametr: maksymalna długość. Mogą one liczyć jedynie 12 JPEGów albo 8 RAWów (RAW+JPEG też 8). Niedużo, bo to przy 8 klatkach/s oznacza zaledwie jedną sekundę fotografowania. Szybkość zapisu zdjęć na kartę pamięci prezentuje się przyzwoicie, ale bez rewelacji. Fuji trochę mnie oszukało, gdyż na oficjalnej prezentacji aparaty miały włożone karty UHS-II. Byłem więc przekonany, że X-T10 (podobnie jak X-T1) potrafi wykorzystać szybkość tego standardu nośnika SD. Dopiero gdy podczas testu okazało się, że karta UHS-I (90 MB/s) połyka zdjęcia równie szybko jak UHS-II (240 MB/s), sprawdziłem, że X-T10 zostało pod tym względem zubożone w stosunku do flagowca. Wyniki? Bufor pełen JPEGów zapisywany jest w 2 s, a RAWy w ok. 5,5 s. Podczas zapisu możemy fotografować i zmieniać ustawienia aparatu.
To, co mi w seriach najbardziej przypadło do gustu, to dyskretna praca migawki. I to migawki „w pełni mechanicznej”, czyli bez elektronicznej pierwszej kurtyny, a więc wykonującej dwa cykle dla każdej ekspozycji. Podczas wspomnianego wcześniej zjazdu, Fuji pracowało tak cicho, że nawet nie przyszło mi do głowy przełączyć się na absolutnie bezszelestną migawkę elektroniczną. Po prostu nie było takiej konieczności. Oprócz X-T10 używałem wówczas lustrzanki Nikona. No, ta to waliła! Różnica w odgłosach działania była potężna.

Napisałbym coś o ciekawych, specyficznych dla X-T10 funkcjach, ale tych nie ma wcale wiele. Nie żebym narzekał, to po prostu nie jest aparat pełen gadżetów. Wspomnę więc o tym co ważne, a niekoniecznie obecne w każdym aparacie na podobnym poziomie zaawansowania. Jest więc WiFi, oryginalna regulacja jasności cieni i świateł, intewaltimer, wielokrotna (ale w rzeczywistości to tylko dwukrotna) ekspozycja, charakterystyczne dla Fuji filmowe tryby barw (Velvia, Sensia…). Znajdzie się też Lens Modulation Optimizer, czyli funkcja usuwająca negatywne efekty dyfrakcji na przysłonie oraz poprawiająca jakość obrazu na brzegach kadru. A wśród funkcji edycji obrazu znajdziemy wywoływanie RAWów. Podoba mi się bogaty zestaw parametrów, który mogę tam ustawić, ale bardzo brakuje mi natychmiastowego podglądu efektów tych działań. A, i jeszcze jeden brak – nie w funkcjach, lecz w konstrukcji: X-T10 nie został uszczelniony. Cóż, taka dola aparatu z drugiej linii. Filmowanie bez wodotrysków, z FHD 60p i wejściem zewnętrznego mikrofonu. Autofokus przy filmowaniu działa pewnie, choć raczej powoli. Pojawia się trochę mory. Przed rozpoczęciem filmowania warto sprawdzić, czy użyta karta pamięci dobrze współpracuje z aparatem w tym trybie rejestracji. Podczas testu jeden z moich Kingstonów i jedna Toshiba wykazywały wyjątkowo długie czasy zapisu filmów, co wiązało się z „zamrożeniem” aparatu na ten czas.

Ciemne kadry wymuszają korygowanie ekspozycji na minus - przy obu tych zdjęciach o 1 EV. Nawet w sytuacjach takich jak na prawym ujęciu, gdy aktywne pole AF celowało w chłopca, a w aparacie była wybrana opcja wiązania ekspozycji z jasnością obszaru pokrywanego przez sensor autofokusa. Oba zdjęcia przyciąłem w kompie do formatu 4:3. W kompie, bo w aparacie nie można ustawić takiego formatu. Jest natywny 3:2, jest 16:9, jest 1:1, ale 4:3 niestety brak.
© Paweł Baldwin

O jakości zdjęć uzyskanych podczas testu mogę pisać niemal wyłącznie w superlatywach. 16-megapikselowy X-Trans CMOS i EXR Processor II dają sobie dobrze radę, w bardzo niewielu miejscach dając podstawę do narzekania. Właściwie to tylko przy zdjęciach w świetle żarowym w automatycznym balansie bieli. Zdjęcia wychodzą wówczas mocno czerwone, a smaczku dodaje fakt, że przy teoretycznie „trudniejszych” od żarówek świetlówkach kompaktowych, tradycyjna żółtozielona dominanta wcale nie jest silna. Okazjonalne niedociągnięcia zdarzają się przy kadrach z dużą ilością zieleni, czyli choćby zdjęciach wykonywanych w lesie. X-T10 jakby bał się oddać te zielenie tak mocno i czasami osłabia je, wpuszczając tym resztę zdjęcia w purpurę i czerwień. To zachowanie o tyle mnie dziwi, że Fuji „od zawsze”, czyli od czasów filmowych, słynęło z wyrazistych zieleni. A tu jakby odwrót…
Natomiast bardzo ucieszył mnie fakt, że gdy zieleń nie jest kolorem mocno dominującym, oddanie wszystkich barw jest prawidłowe i niezmienne w całym podstawowym zakresie czułości ISO 200–6400 plus oczywiście ISO 100.

Porównanie rozdzielczości przy natywnej czułości ISO 200 i "sztucznej" ISO 100 wypada na korzyść tej drugiej. To oczywiście w przypadku JPEGów, gdyż tylko takie pliki możemy zapisywać przy ISO 100. Warto też zauważyć lepszą dynamikę obowiązującą przy ISO 200. Widać to dobrze na niebie i budynku po lewej. 
Pełna rozdzielczość
© Paweł Baldwin

Formalna, „testowa” rozdzielczość zdjęć, uzyskana z pomocą obiektywu 14 mm f/2,8 (bardzo fajne szkiełko – polecam uwadze!) wynosi 2500 lph na JPEGach z aparatu i 2600 lph gdy rejestrujemy na RAWach. To dla ISO 200, kiedy to można zapisywać oba typy plików. ISO 100 (czyli wyłącznie JPEGi) nie przynosi wyraźnego wzrostu „liczbowej” rozdzielczości. Niemniej na zdjęciach plenerowych pewne zyski z użycia tej obniżonej czułości widać. To co cieszy, to brak mory – rzecz typowa dla przetworników X-Trans CMOS z wyrafinowanym układem matrycy filtrów barwnych, „zastępującym” filtr dolnoprzepustowy.

Z arsenału trybów barw Fuji, do prezentacji wybrałem cztery. Pierwszy od lewej to tryb standardowy, drugi to Velvia. Trzecim jest Classic Chrome, który z początku, po obejrzeniu materiałów reklamowych wcale mi się nie spodobał. Ot, taki nieciekawy Orwo Jego Chrom. Ale w praktyce efekty kolorystyczne są o wiele przyjemniejsze niż w reklamach Fuji i na slajdach z NRD. Bardzo mi się one spodobały. Czwarte zdjęcie to sepia, ale nie ta pomarańczowa z aparatu, a delikatna, znaleziona wśród kolorów dostępnych w RAW File Converter. Bardzo delikatna, właściwie można ją nazwać ciepłą czernią-bielą, a nie sepią. Tak czy inaczej, ją też polubiłem.
© Paweł Baldwin

Korzystanie z wyższych czułości nie sprawia kłopotów. Spadek szczegółowości następuje bardzo powoli i aż do ISO 800 (a nawet do ISO 1600) włącznie nie ma czym się martwić. Wyżej rzeczywiście sytuacja pogarsza się trochę, lecz ISO 3200 wygląda nadal dobrze, a wyraźniejszy skok w dół następuje dopiero przy ISO 6400. Jednak i tej czułości nie musimy całkowicie wyrzucać z naszego repertuaru. I to nie tylko gdy działamy na RAWach, bo nawet JPEGi jakoś się bronią. Zresztą aparat, czy właściwie działania jego twórców, bardzo nam przy tych wysokich czułościach pomagają. Intensywność redukcji szumów dla poszczególnych poziomów wzmocnienia sygnału została bowiem tak dobrana, by dla każdego z nich optimum było odszumianie na średnim „standardowym” poziomie. Nie musimy więc, jak w innych cyfrówkach, kombinować i dobierać różne poziomy odszumiania dla różnych ustawionych czułości. W X-T10 możemy jechać na defaultowym zerze i jest dobrze. Bardzo mi się to spodobało! Przy obróbce RAWów też nie mamy wiele do roboty. Szumy chrominancji wypada usuwać dopiero od ISO 3200 i wzwyż, a wystarczają leciutkie ruchy suwaczka. Szumy luminancji warto zdejmować już dla ISO 1600, lecz tu także nie są potrzebne żadne zdecydowane działania. Do ISO 800 włącznie, redukcje z czystym sumieniem możemy wyzerować. Szkoda, że w wysokich, „programowych” czułościach nie możemy korzystać z RAWów. Przecież właśnie tu bardzo by się one przydały do wyciągnięcia ile się da ze zdjęcia. Bo JPEGi, już przy ISO 12800, prezentują się średnio z powodu mocno ograniczonej szczegółowości.

Kadr, który fotografowałem dla całego zakresu czułości, a 6 wycinków prezentuję poniżej. Są to fragmenty pochodzące z indywidualnie, do smaku wywołanych RAWów. Tego testu nigdy nie wykonywałem przy tak silnym świetle. Tu mogłem – dzięki migawce potrafiącej odmierzyć 1/32000 s.
© Paweł Baldwin
Pełna rozdzielczość
© Paweł Baldwin

Do dynamiki nie mam uwag, ale większym problemem okazuje się trafienie z ekspozycją tak, by móc wykorzystać zakres rejestracji matrycy. Mówiąc wprost, korekcja ekspozycji jest w częstym użyciu. Chodzi głównie o korekcję na minus, bo X-T10 lubi ustawiać ciemne tony nie przy lewej ścianie histogramu ekspozycji, a bliżej środka przedziału 0–255. Gdy już opanujemy dobór ekspozycji, a motyw nadal nie chce się zmieścić w tym przedziale, możemy wspomóc się poszerzeniem zakresu dynamiki z pomocą ustawień DR200% albo DR400%. Poszerzają one zakres rejestracji w światłach, ale na cuda bym nie liczył. Wyraźniejsze efekty wizualne, choć bez owego poszerzania, dają funkcje regulacji jasności ciemnych i jasnych partii obrazu (Shadow Tone i Highlight Tone), wyginające krzywą naświetlania.

Dwie serie zdjęć, w których zmieniałem ustawienia dynamiki, od lewej: 100%, 200%, 400%. Na górnych zdjęciach widać, że poprawa w oddaniu świateł (zwłaszcza na histogramach) prezentuje się pięknie, ale gdy spojrzymy do wnętrza kościoła, zauważymy, że odbyło się to także kosztem utraty szczegółów w cieniach.
© Paweł Baldwin
Miłe oku efekty uzyskujemy wykorzystując funkcje rozjaśniania cieni (prawy kadr) i ściemniania świateł (środkowy). Lewy wykonałem bez żadnych korekt.
© Paweł Baldwin

Po całym teście mam trochę mieszane uczucia. Do aparatu nie mam, bo nie mogę mieć, istotniejszych uwag, ale ten X-T10 jakoś mnie nie ujął za serce. Może dlatego, że sobie po nim sporo obiecywałem? Efekty zdjęciowe są jak najbardziej w porządku, no może poza tymi czerwieniami w świetle żarowym… Ale już po ciągłym autofokusie spodziewałem się więcej dobrego. Nie, nie działa on źle, lecz liczyłem na poziom zbliżony do Sony A6000. A tu szybkość niby ok, detekcja ruchu już nie bardzo. Cieszyłem się też z pomysłu na dwa wciskane pokrętła sterujące, lecz okazało się, że konstruktorzy nie wykorzystali w pełni ich możliwości. W zasadzie to nie tragedia, bo mamy mnóstwo przycisków wspomagających customizację sterowania. Jednak gdy dołożymy złe zaprojektowanie tych pokręteł, czyli za drobny skok, trochę zbyt mały opór oraz opóźnienie w przekazywaniu na wyświetlacze zmian ustawianych wartości, całościowo przestają mi się one podobać.
Że to drobiazgi? Jasne, ale mi odbierały one nieco przyjemności ze współpracy. Niemniej Fuji X-T10 zdecydowanie uważam za udane i warte zakupu narzędzie do fotografowania.

Podoba mi się:

  • jakość zdjęć
  • cichutka migawka (i 1/32000 s!)
  • idea sterowania
  • cena

Nie podoba mi się:

  • mikre pokrętła
  • ciągły autofokus poniżej poziomu najlepszych w klasie

Na moim blogu ostatnio opublikowałem także:

Zapraszam serdecznie!

Zobacz więcej artykułów z serii: Testy bezlusterkowców

Podziel się:

Przeczytaj także:

Także w kategorii Testy:

Kilka miesięcy z Samsungiem Galaxy NX. Nowy "klasyk" ze smartfonem za plecami Superzoom wagi ciężkiej, czyli Sony FE 24-240 mm f/3,5-6,3 [test] Canon EF 50 mm f/1.8 STM - niedroga przepustka do poważnej fotografii [recenzja] Tamron SP 35 mm f/1.8 Di VC USD - na rynku dzieje się coraz ciekawiej [recenzja] Sigma 35 mm f/1.4 ART DG HSM - od niej wszystko się zaczęło [recenzja] Panasonic GX8 - szybkość i solidność [test] Sony RX10 Mark II - dobre, staje się jeszcze lepsze [test] Zeiss Milvus 35 mm f/2 - przykładowe zdjęcia z najtańszego obiektywu w nowej serii Canon EF-S 24 mm f/2,8 STM - słodki naleśnik [test] Sony A7R Mark II - pierwszy, bezkompromisowy bezlusterkowiec na rynku [test] Zeiss Milvus 50 mm f/1.4 - zdjęcia przykładowe z premiery Canon 5Ds vs Canon 5D Mark III vs Nikon D810 - test nieobiektywny [cz.2] Zeiss Milvus 85 mm f/1.4 ZE - pierwsze zdjęcia przykładowe Bezlusterkowiec do 3000 zł - którego powinienem wybrać? [test grupowy] Sony RX100 IV - najlepszy aparat, który mieści się kieszeni [test] Sprawdzamy jak działa Bamboo Spark - analogowo-cyfrowy szkicownik firmy Wacom Sony Xperia Z5 - zdjęcia testowe, test szumów i porównanie z iPhonem 6 Canon 5Ds - aparat, w którym wszystko jest „bardziej" [cz.1] Olympus OM-D E-M10 Mark II - dobry krok naprzód [test] Sigma 24-35 mm f/2 Art - czy jest w stanie zastąpić trzy stałki? [recenzja] Leica Q – tradycja i nowoczesność bez kompromisów [test] Huion DWH69 - nowy gracz na rynku tabletów graficznych [test] Canon PowerShot G3X - sprawdzone rozwiązania w nowym wydaniu [test] Sony A7 II - troszkę po nowemu [test]

Popularne w tym tygodniu:

Voigtlander 10 mm f/5.6 Hyper Wide Heliar Aspherical - test spektakularnego hiperobiektywu Olympus TG-5 - wakacyjny test. Twardziel na sterydach: z filmami 4K i zapisem RAW